Adonis

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Adonis • Opowiadanie • written by Kornel Makuszyński
Adonis
Opowiadanie
written by Kornel Makuszyński
Info Simple bw.svg Adonis: Information and licence SemiPD-icon.svg

Przyszedł raz do mnie człowiek - nie! to nie był człowiek… Służąca, która otworzyła mu drzwi, uciekła z krzykiem. Niski, gruby poczwarnie śmieszny, ale taki, co się może przyśnić; w oczach miał ostrego zeza, miał zajęczą wargę, szczecinowate włosy, a usta takie, że wśród zachwyconego wycia zostałby królem najstraszliwszego plemienia ludożerców, gdyby go ci przyjemni ludzie mogli ujrzeć. Miał lekki garb z przodu, za to znacznie większy z tyłu, długie, bujające się ręce orangutana, a nogi wygięte w kabłąk. Kiedy na przywitanie próbował się uśmiechnąć, ukazały się zęby, o których, szanując nerwy czytelnika, powiemy krótko, że były to zęby nieszczęsne.

„Otwórzcie otwór, niech wejdzie potwór!” - zagadałem do siebie zawołaniem z Makbeta, nie mogąc uciec śladem mojej służącej; on zaś nie tylko wszedł, ale usiadł skromnie. Przyszło mi na myśl, że może w mieście jest menażeria albo gabinet osobliwości, a ten stwór, uciekłszy stamtąd, trafił do mnie. Może mnie chce zamordować, jak małpa z opowieści Poego? Z pozoru wyda! mi się łagodny i chociaż nie mogłem być pewny, czy ostrym swoim zezem patrzy na mnie, czy na piec, mogłem jednak dostrzec w jego wzroku smętną jakąś życzliwość. Dziwnie czułem się w jego towarzystwie, wciąż mając to wrażenie, że dość mu będzie wyciągnąć koszmarnie długie ręce w moją stronę, aby mnie udusić. Trzeba było jednak coś do niego zagadać, bo on nieśmiało milczał.

- Czy pan do mnie przyszedł?

- Tak, do pana.

Głos jego przypominał szczotkę z ryżowej słomy, twardą i szorstką.

- Kim pan jest?

- Jestem człowiekiem nieszczęśliwym.

- Dlaczego jest pan nieszczęśliwym?

- Niech pan spojrzy na mnie.

- Istotnie! - rzekłem mimo woli - przepraszam pana! - poprawiłem się natychmiast - niczego złego nie miałem na myśli.

- Niech pan nie przeprasza - rzekła szczotka z ryżowej słomy - na mój widok dzieci uciekają, a kobiety czynią znak krzyża, pewne, że ujrzały diabła. Są to niemądre kobiety, bo najbrzydszy diabeł jest piękniejszy ode mnie.

- To bardzo smutne… - bąknąłem, aby coś powiedzieć.

- Tak, to bardzo smutne!

Milczeliśmy przez chwilę nieprzyjemnym milczeniem; on nie miał odwagi, a ja ochoty do rozmowy. Żal mi było tej tragikomicznej imitacji człowieka, widok jednak był ponad miarę przykry.

- W jakim celu przyszedł pan do mnie?

- W bardzo dziwnym celu: aby mnie pan pocieszył.

- Ja?

- Tak.

- Może by lekarz…

- Lekarz mnie nie odmieni, stu chirurgów nie wyprostuje mi nóg ani nie skróci moich rąk, z których goryl byłby dumny.

- Niechże pan tak o sobie nie mówi!

- Mówię to, co pan za chwilę pomyśli.

Wcale inteligentnie to wykalkulował, więc się uśmiechnąłem. Musiało go to ośmielić, bo powiada:

- Kiedy ujrzałem siebie po raz pierwszy w zwierciadle, dostałem ataku furii i stłukłem zwierciadło, które najpierw obraziłem swoim wizerunkiem, a zamordowałem z głupoty. Z czasem przywykłem do swojej osoby, ale już nigdy nie przeglądałem się w lustrze. Mało mi to jednak pomogło, gdyż każdy spotkany człowiek zastępował mi je nieodmiennie; z przerażenia w ludzkich oczach widziałem, że się nie zmieniłem na korzyść. Życie moje stało się straszne i ciężkie. Ulicznicy gwiżdżą na mój widok, dozorca odwraca się, wręczając mi gazetę, w lokalach publicznych podają mi niechętnie i impertynencko, w teatrze jest zawsze obok mnie puste miejsce, bo przypadkowy sąsiad żąda w kasie zmiany biletu.

- Ależ to straszne!

- Przywykłem, przywykłem… Wszystko jednak ma swój kres… Ja już dłużej tak żyć nie mogę. Żyję i wcale nie żyję; jestem, ale tak przeraźliwy, że mnie nie ma, bo dookoła mnie jest pustka. Wczoraj zaś…

- Co się stało wczoraj?

- Okropna rzecz się stała… Na mój widok zemdlała kobieta, która była w odmiennym stanie.

- Och!

- Tłum się zebrał i chciano mnie zabić za to, że jestem taki potworny.

- To przecież nie pańska wina.

- Byłbym mniej więcej to samo powiedział tym ludziom, co mnie chcieli z największą słusznością wyprawić z tej pięknej ziemi, ale łatwiej było uciec, niż wygłaszać mowę.

- I to pana tak wzruszyło?

- To też, ale inna sprawa wzruszyła mnie więcej. Rozmyślałem nad tym przez całą noc, a o świcie postanowiłem się powiesić.

- Powiesić?!

- Człowiek z moją twarzą nie może być wybredny w wyborze śmierci. Czy pan może sobie wyobrazić panikę na tamtym świecie, gdybym ja się tam zjawił? Nawet w piekle byłbym poczwarą. Postanowiłem się powiesić, bo życie moje nie jest do zniesienia.

- Przecie pan żył. Ile pan ma lat?

- Trzydzieści dwa lata hańbię świat.

- Wytrwał pan tak długo, wytrwa pan dłużej.

- Nie, już nie wytrwam. To nic, że ludzie uciekają na mój widok, niczym są wszystkie moje nieszczęścia; zgrzytam tą mizerną resztką zębów, a w sercu podniecam wściekłość. Moje życie nie dlatego jest straszne, lecz z innego powodu. Panie! Wszyscy na świecie kochają się. Miłość jest udziałem każdego żebraka i każdego zbrodniarza, tylko ja, ja jeden jestem wyklęty, ja jeden jestem trędowaty. Panie! Ja pragnę, ja się modle, ja wyję o miłość!

- O miłość!? - wykrzyknąłem zdumiony.

- Otóż to - rzekł on z goryczą. - Pan tez się zdumiał, że potwór mojego pokroju może marzyć o miłości. O mój Boże!

Po raz drugi zawstydziłem się mojego okrzyku i spuściłem oczy.

- Wiem - mówił on - że łatwiej można by ofiarować miłość diabłu niż mnie. Czemu się pan dziwi, że tylko dobrze zawiązany stryczek może mnie sprowadzić na drogę rozsądku i do pozbycia się raz na zawsze opętanych złudzeń. Głupio uczyniłem, że przyszedłem do pana. Proszę, aby mi pan wybaczył…

- Ależ, na Boga, co ja mogę dla pana uczynić?

- Niech się pan roześmieje, ale wyznam panu, co mi się uroiło: pomyślałem sobie, że czy dziś zadyndam na sznurku, czy jutro, światem to nie wstrząśnie. Wiem, że pan jest człowiekiem pogodnego ducha, więc rzekłem sobie, że wybiorę się do pana i zapytam wprost: czy mam się od razu powiesić, czy przez czas niejaki łudzić się obłąkaną nadzieją, że miłość może spojrzeć raz w życiu na takiego jak ja potwora?

Chciałem zakrzyknąć:

- Powieś się pan od razu, byle nie u mnie!

Spostrzegłem w tej chwili, że mój straszliwy gość utkwił uporczywe spojrzenie w szafie, z czego za pomocą szybkich obliczeń doszedłem niezbicie, że patrzy wprost w moje oczy. Dreszcz przebiegł po mnie. Jeśli temu nieszczęsnemu odmieńcowi powiem, że miłość jest ślepa jedynie w przypowiastkach, zwykle zaś patrzy bystrzej, zanim kiedyś, później, oślepnie lub zmruży oczy - to się odmieniec wyprawi na tamten świat; jeśli uczynię odwrotnie, obudzę w biedaku jakieś obłąkane nadzieje i do jego przeraźliwych nieszczęść dodam ostre szaleństwo. Po jakiego licha właśnie mnie to musiało spotkać, abym pocieszał zezowatego garbusa z zajęczą wargą i obiecywał mu miłość?

Musiałem mieć kiepską minę i cichą w spojrzeniu rozpacz, gdyż mój okropny gość powstał.

- Dziękuję panu - zaskrzypiał, ale smutno. - Ja już odchodzę.

- Dokąd?

- Prawdę powiedziawszy, do diabła.

- Czekaj pan!

- Na co?

- Nie mogę panu odpowiedzieć od razu.

Sprawa jest ciężka, a nie chcę być lekkomyślnym. O co panu tedy idzie?

Gość usiadł z powrotem, a spojrzawszy z wdzięcznością na piec, rzekł do mnie:

- Pan jest zacnym człowiekiem…

- Mniejsza o to!

- Bynajmniej. Teraz widzę, że pan mnie pocieszy. Jeśli pan zdoła tego dokonać, ocali pan jedno życie, nie powiem „ludzkie życie”, bo zbyt mało przypominam człowieka, ale każde życie jest coś warte. Ostryga też żyje. Ja wiem, że jest to porównanie zuchwałe na moją korzyść, a z wielką krzywdą ostrygi, ale niech mi pan przebaczy. Otóż jeżeli będę żył z pańskiej łaski, padnę panu do nóg i będę błagał, aby pan do mnie sprowadził miłość.

Ziemia zatrzymała się w swoim biegu i w nagłym obłędzie zaczęła wirować w przeciwną stronę.

- Co takiego? Czy ja mam wystarać się o kochankę dla pana? Czy pan zmysły postradał?

- Nic podobnego! Ja pana w swoim czasie poproszę o takie słowo, którym zaklina się miłość.

- Jak to, o jakie słowo?

- O takie, których pan zna bez liku, a ja nie znam ani jednego.

- Nic nie rozumiem.

- Bo na to przyjdzie czas. Teraz idzie mi o to, aby pan powiedział mi jasno: czy ja mam żyć, czy umrzeć?

- Niech pan żyje… - rzekłem niepewnie.

- Gdyby z takim zapałem, jak pan w tej chwili, wołano „niech żyje!” uwielbianym osobom, uwielbiane osoby powinny z miejsca zamówić trumny.

- Przepraszam pana, ale sytuacja jest tak wyjątkowa… Wiele ludzi o wiele prosiło mnie rzeczy, ale nigdy jeszcze ani o życie, ani o miłość… Czego pan chce, u licha! Chce pan, aby panu powiedzieć, czy znajdzie się ktoś, co spojrzy na pana i nie zemdleje, lecz przeciwnie, zakocha się w panu?

- Właśnie, właśnie! - krzyknął ten człowiek na odmianę w stronę biurka.

- Na to mogę panu odpowiedzieć, że wszystko jest możliwe na tym świecie; w tej sprawie już mądrość naszego ludu przygotowała dla pana małą pociechę.

- A mianowicie?

- Nie obrazi się pan?

- Ja już od godziny obrażam pana widokiem mojej twarzy, a pan nie ma nic przeciwko temu, dlaczegóż więc ja miałbym się obrażać? Cóż mówi mądrość ludu?

- „Każda potwora znajdzie swego amatora…”

Mój gość zastanawiał się, potem wydał z siebie głos przestraszonej żaby:

- Mądrość ludu jest niezwykle przenikliwa i istotnie znacznie mnie pan pocieszył. Ponieważ jednak przysłowia ludowe układane są na użytek miejscowy z uwzględnieniem zwyczajów, obyczajów i tradycji na ograniczonym terenie, przeniesione w obce środowisko, mogą się okazać zawodne, naiwne lub niezrozumiałe.

Coś tam jeszcze bredził, podczas czego ja rozmyślałem pilnie o tych szalonych wypadkach, zapisanych przez historię czy też podanych w zdumionej legendzie o miłosnych godach potwora z boginią, karła lub olbrzyma z piękną nimfą. Bywały niewątpliwie kobiety, które miłowały miłość dla miłości, romantyczną awanturę, sztukę dla sztuki, bez uwagi na bohatera. Tak, ale z potworem… Bezkrytyczne szaleństwo i pożądanie miłości doprowadza kobietę czasem do tego, że potrafi zakochać się nawet w człowieku uczonym, w astronomie, matematyku, ba! w historyku i co jest już ponad pojęcie: w autorze słownika. Amor flat ubi vult. Nawet te lekkie z pozoru przypadki wkraczają w dziedzinę podnieconego obłędu. Nikt mi bowiem nie wytłumaczy, że kobieta jako tako zdrowa na umyśle może się oddać profesorowi wyższej matematyki, który nosi długie kalesony, zawiązywane na tasiemki, a kobietę uważa za niewiadomą - albo w historyku, który w niej widzi wczesny okres średniowiecza, a jeśli ją przez roztargnienie pogładzi, to dlatego tylko, że myśli, jakoby gładził pergamin z królewską pieczęcią. Tak, ale z potworem… Z takim jak ten oto albo jeszcze wspanialszym…

- Mam! - zawołałem uradowany.

- Powraca mi pan życie.

- Czy czytał pan kiedy Szekspira?

- Coś słyszałem… czy poeta ten przewidział moje męczeństwo?

- Owszem, ale musi pan być przygotowany na dość nikczemne towarzystwo. Otóż Tytania, królowa elfów, zakochała się do utraty różowego rozumu i jeszcze bardziej różowej duszy w gburze z oślą głową.

- To pięknie z jej strony, a historia jest wyborna. Rzecz w tym, że osieł jest ode mnie nieporównanie piękniejszy. Czy bardzo go kochała?

- Aż do obłędu. Kombinacja ta stworzyła całą dynastię, do dziś niewygasłą, kompozycję alegoryczną: bogini i durnia.

- Jest to już wiele, ale nie wszystko, ponieważ ja nie jestem całkowitym osłem, a boginie są trudne do znalezienia. Czy nie zna pan bardziej ludzkiego przypadku?

- Znam. Fazyfae, córka króla Minosa, zakochała się w byku i wdziawszy na siebie skórę łaciatej krowy…

- Co pan mówi!…

- Z tego nawet syn się urodził, pół człowieka, pół byka, Minotauros.

- Straszliwe rzeczy działy się na świecie. Balsam leje pan na moją duszę, ale jeżeli kosmaty i ryczący osieł jest ode mnie piękniejszy, cóż mówię o byku, który jest zwierzęciem wspaniałym? Każde zwierzę zresztą, nawet koczkodan, ma nade mną przewagę. Ten interesujący zresztą przypadek nie odpowiada dość ściśle memu położeniu.

- Czekaj pan, czekaj pan… Czy pan czytuje książki?

- Nie. W książkach żyją piękni ludzie i zawsze się kochają, a to mnie drażni. Czy zna pan książkę, w której cudna kobieta kocha poczwarę?

- Znam. Czy czytał pan Wiktora Hugo Człowieka, który się śmieje?

- Nie słyszałem o nim.

- Sam sobie uczynił pan krzywdę. Otóż w tej to książce właśnie opisany jest romans oszalałej, a pięknej jak bóstwo księżniczki Jozyany ze straszliwą maszkarą, niejakim Gwynplainem.

- Jak wyglądał ten człowiek?

- Mniej więcej jak… pan…

- Potwór?

- Okropny!

- Ach, to piękne, to nazbyt piękne! Niech pan czym prędzej mówi dalej…

- Niejaki pan Lopez dowiódł w bardzo modrej komedii, że nadobna dziewica mogła się serdecznie zakochać w poczwarnym człowieku, niejakim Ferrante.

- Panie, czy to możliwe?

- W każdym razie prawdopodobne. Ale to jeszcze nie koniec! Opisując romans swojego potwora z księżniczką, Wiktor Hugo wylicza głośne wypadki takich dziwacznych miłości. Są to wprawdzie legendy, ale mądre legendy, mające głęboki w sobie sens. A o cóż panu idzie? Nie o prawdę, ale o jej cień, o prawdopodobieństwo. Jest to ponura poezja, ale jednak poezja…

- Niech pan mówi, niech pan mówi!

- Jeśli sobie dobrze przypominam, to w czasach dość odległych zakochała się na śmierć boska Amfitryta. Jak pan myśli, kogo miłowała boska Amfitryta? Czy boga, czy śpiewaka, czy lutnistę? Akuratnie! Boska Amfitryta miłowała Cyklopa, straszliwego dryblasa, pachnącego kozią stajnią, chama z jednym okiem na czole, głupowatego potwora.

- Ależ to jest cudowne! Powiada pan, że miał tylko jedno oko. Uściskałbym tego kochanka! Ach, jak piękna musiała być jego miłość…

- Być może, ale wątpię; ten drab, łypiąc jedynym krwawym okiem, bijał pewnie swoją boską kochankę, co wedle najstarszego przepisu na miłość, bardzo ją pomnaża… Najlepszy wybór uczyniła śliczna czarodziejka Urgela…

- Piękne imię!

- Imię piękne, ale baba była głupia. Mogła się kochać w najbardziej tęczowym duchu, w najpiękniejszym młodzieńcu, zamienionym przez nią w hiacynt, a kochała…

- Kogo? kogo?

- Nieskończenie potwornego łapserdaka, niejakiego Bugryksa.

- Czym się odznaczał ten młodzieniec?

- Miał na każdej dłoni osiem płetw. Gdyby ich miał siedem, może by go nie spotkało to szczęście, ale że ich miał osiem, piękna czarodziejka nie mogła wytrzymać.

- Niezbadana jest dusza kobiety! Czemu ja me mam płetw!…

- Jeszcze panu mało?

- Uwaga pańska jest dość słuszna, choć cierpka. Czy wyliczył pan już wszystkich moich kuzynów?

- Nie jeszcze. Nie należy zapominać o dzielnej Pentesilei, królowej Amazonek, która miłowała Centaura, brodatego ogiera.

- Zbyt mało go przypominam, niestety! Czy nie było wypadku z orangutangiem?

- Nie, ale z indywiduum równie przystojnym. Królowa egipska Rodope, piękna to była kobieta, lecz zwariowała wcale potężnie, zakochawszy się w niejakim Pheta, młodzianie, który miał pysk krokodyla, co mu znakomicie pomogło w miłosnej karierze, bo oszalała królowa nie tylko że mu oddała swój królewsko-egipski majestat z szat ogołocony, lecz ponadto wystawiła mu piramidę.

- Uwielbiam królowę Rodope! Powiada pan, że miał pysk krokodyla, więc nie był chyba zbyt przystojny?

- Dla pana najbardziej pocieszający powinien być inny wypadek, nie mający już związku z mitologią i dość bliski naszych czasów. Podobno - zastrzegam się, bo mi się to nie chce pomieścić w głowie - piękna królowa Maria Stuart chętnie widziała paskudnego karła Rizia.

- Paskudny i karzeł? - ależ to ja!

- Jak się panu podoba… Ma pan na pociechę wyborny zespół, przeczytaj pan Wiktora Hugo i szukaj szczęśliwie miłości.

Potwór ożywił się wielce i chcąc mi zapewne rzewnym spojrzeniem wyrazić swoją wdzięczność, szukał oczyma moich oczów, czynił to jednak nadaremno, bo wzrok jego biegał wciąż po kątach, ponieważ zaś nie mogłem znajdować się w dwóch miejscach równocześnie, a jego oczy nigdy nie mogły być razem, o porozumienie bez słów było dość trudno.

- Jestem panu nieskończenie wdzięczny - rzekł, a słowa jego zjeżyły się i wydawały dziwny chrzęst - z tego, co mi pan powiedział, widzę jasno, że sprawa moja nie jest beznadziejna; jeśli w tych opowieściach jest jedna tysiączna część prawdy, jeśli te doskonałe baśnie są choćby najdalszym echem jakiegoś prawdziwego zdarzenia, nie ma powodu, aby zdarzenie takie nie miało się powtórzyć. Zawdzięczam panu życie!

- Już się pan nie powiesi?

- Zawieszam tylko wykonanie wyroku na czas niejaki.

- Na jak długo?

- To też od pana zależy.

- Już mi pan to raz powiedział. Czego pan chce?

- Ja nie chcę, ja błagam, na kolanach pana błagam.

- Ale o co?

- O kilka słów. Ja dobrze obmyśliłem tę sprawę i jeżeli mi pan dopomoże, moje obłąkane marzenie zmienić się może w rzeczywistość.

- Mów pan! - rzekłem niecierpliwie.

- Panie najdroższy! Postanowiłem dać ogłoszenie w gazecie w dziale „Matrymonialne”.

- Pan się chce ożenić?!

- Czy pan wolałby, abym się powiesił? Czemu pan mnie znowu zabija swoim zdumieniem?

- Ależ gdzie pan znajdzie…

- Taką, która by mnie chciała? Jeśli królowa Rodope pokochała krokodyla…

We własne schwytany sidła osłabłem; spojrzałem na niego złym wzrokiem, lecz przymknąłem czym prędzej oczy, ujrzawszy jego gębę, pomazaną przymilnym uśmiechem, wobec którego uśmiech Gwynplaina był uroczy. Jedno uśmiechnięte jego oko zawisło na lampie, zwisającej z pułapu, drugie badało wnętrze kosza na papiery.

- Krótko mówiąc - rzekłem z tłumionym gniewem - pan chce, abym panu napisał to ogłoszenie?

- Czyta pan moje myśli! Niech pan napisze wzruszająco, pięknie, tak żeby ktoś zapłakał, a potem ofiarował panu łzy, a mnie serce… Umierającemu z pragnienia nie odmówiłby pan kropli wody, niechże pan mnie jej nie odmawia!

- Dobrze, ale pod warunkiem, że to już będzie koniec.

- Koniec udręki dla pana, początek szczęścia dla mnie! Oczywiście!

- Niech pan przez dziesięć minut nie gada. Napiszę panu.

Napisałem wzruszający list otwarty do wszystkich kobiet tego świata różnego stanu i wyznania; zakląłem je w imię miłości, aby się ulitowały nad straszliwie brzydkim człowiekiem, posiadającym za to wielkie zalety serca i umysłu. Każde słowo zmieniłem w pokorną łzę, w skowyt tęsknoty, w cichą rozpacz konającego w samotności serca. Błagałem je, aby napisały do nieszczęśnika, który na kolanach czeka ich wyroku i na kolanach przypełznie do stóp tej, która ma dość wielkie serce, aby oczekiwać potwora.

Gdybym sam dla siebie prosił o miłość, nie mógłbym był tego uczynić rzewniej i piękniej. Potwór przyjął mój utwór z głośnym uznaniem, wydając takie okrzyki zachwytu, jakie wydaje zarzynany baran.

- Cudownie! cudownie! - charczał. - Pan Bóg mnie natchnął myślą udania się do pana, Jaki wdzięk słowa, ile w każdym wzruszenia!

- Więc to panu wystarczy?

- Niezupełnie - odrzekła kreatura.

Spojrzałem na niego z kwaśnym zdumieniem.

- Napisane jest cudownie, ale brak tam jednej uwagi. Czy nie byłoby dobrze dodać ją przy samym końcu, niby tak sobie, od niechcenia…

- Jakiej uwagi?

- Malej, drobnej uwagi: „Posag pożądany” - bo to, uważa pan, miłość miłością, a żyć z czegoś trzeba… Dla kobiety małżeństwo jest zawsze dobrym interesem… Czemu pan tak na mnie patrzy jak na osa?

Ja jednak roześmiałem się na głos: ten człowiek ma poczucie humoru! Cała ta odezwa i tak jest ponurym dowcipem, który jedni przyjmą z niesmakiem, a drudzy ze śmiechem; więc i ja zacząłem śmiać się szeroko. Ta zaś pokraczna imitacja człowieka, widząc mój dobry humor, rzekła:

- Ja już i tak jedno uczyniłem ustępstwo, chciałem bowiem z początku wyłączyć spomiędzy kandydatek blondynki z tego powodu, że jest to barwa włosów najłatwiejsza do podrobienia, ale pomyślałem sobie, że darowanej miłości nie patrzy się we włosy. Dodatek o posagu nie jest jednak niczym zdrożnym.

- Dość! Dopiszę panu o posagu…

- Będę się modlił za pana!

- Niech pan to zrobi na własny rachunek, to panu nie zaszkodzi.

Kreatura porwała kartkę papieru i zaczęła mi dziękować gorąco rozbieganym wzrokiem, machaniem rąb, podrygiwaniem garbu i garbatymi dźwiękami.

- Myślę - rzekła - że pan rad będzie ujrzeć swój triumf.

- Jak to pan rozumie?

- Niech mi pan pozwoli, abym przyszedł do pana, jeśli znajdzie się na świecie kobieta, która mi ofiaruje swoją miłość

- Niech pan przyjdzie! niech pan natychmiast przyjdzie! - zawołałem serdecznie.

Wszystkiego mogłem się spodziewać, ale nie tego, żebym raz jeszcze w życiu ujrzał tego ludzkiego karakona.

A on przyszedł.

Po upływie dwóch tygodni przydreptał, znowu nastraszył mi służącą i powiada:

- Przychodzę ze sprawozdaniem.

Przetarłem oczy ze zdumienia, biorąc z jego rąk sporą paczkę listów.

- Jak to? udało się panu?

- Niezupełnie.

- A te listy?

- Jest ich jedenaście; dziewięć z nich zawiera najprzedniejsze wymyślania, jeden radzi mi, abym się powiesił, co, jak panu wiadomo, było dawno moim zamiarem, jedenasty jest poważny i uczciwy.

Wybrał ze zbioru ten jedenasty i dał mi do przeczytania, co mi się udało z trudnością, bo wierzyć nie chciałem, aby się znalazło na świecie tak słodkie serce kobiece. Jakieś biedactwo pisało, że jest samo na świecie, a brzydota go nie odstrasza; że chce się poświęcić, bo nie może myśleć spokojnie o tym, że ktoś jest tak strasznie nieszczęśliwy. Ma lat trzydzieści, jest kobietą spokojną i prawą; przeszła przez smutki i nieszczęścia; będzie dobrą żoną.

„…Kto tak jak pan (kończył się list) umie rzewnie przemówić do kobiety, ten wart jest nie litości, lecz ofiary z całego serca. Będę pańską żoną”.

Miałem łzy w oczach, czytając te słowa proste, a tak promieniste.

- Przysłała też swoją fotografię - rzekł mi potwór, dziwnie jadowicie. - Oto jest!

Spojrzałem ze wzruszeniem na tę, która była prawdziwą kobietą; była to twarz szara, bardzo smutna, poczciwie patrząca.

- Cudy, cudy! - rzekłem drżącym głosem. - Nie przypuszczałem, że są jeszcze na świecie anioły. O, jakiż pan musi być szczęśliwy!

- Wcale nie jestem szczęśliwy - rzekła szorstko kreatura.

- Pan oszalał!

- Bynajmniej - rzecze potwór chrypliwie. - To nie jest żona dla mnie…

Chciałem coś krzyknąć, ale nie mogłem wydobyć głosu.

- Z dwóch powodów - rzęził on - najpierw: żadnej wzmianki o posagu, a przecież dopisek był wyraźny,

Podniosłem się blady.

- A drugi powód?

- Drugi jest na fotografii: ma ona zbyt szerokie usta! Czy pan myśli’, że .ja bym się ożenił z kobietą, co ma taki błąd?

Ryknąłem jak ranny żubr i chwyciwszy ciężki świecznik z biurka, cisnąłem nim w straszną głowę potwora. Zdaje się, że go zabrało pogotowie…



SemiPD-icon.svg Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 65 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top