Jak żyć bez pieniędzy?

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Historia się powtarza Jak żyć bez pieniędzy? • IV • Felieton ze zbioru Kartki z kalendarza • written by Kornel Makuszyński Muzyk i śmierć
Historia się powtarza Jak żyć bez pieniędzy?
IV
Felieton ze zbioru Kartki z kalendarza
written by Kornel Makuszyński
Muzyk i śmierć

Jak żyć bez pieniędzy?


Mniejsze, sądzę, miał zmartwienie Hamlet, gryząc się zagadnieniem, czy warto żyć, niźli wszyscy dokoła mnie pytający: jak żyć, to znaczy, za co żyć? Cała gromada ludzi zwróciła się z tym pytaniem — do mnie. Dlaczego do mnie, nie wiem. Przypuszczam, że bezpieniężna rozpacz odebrała tym miłym ludziom zdrowy rozum.

Tak myślałem w pierwszej chwili. Po głębokim jednak zastanowieniu się rozumiem, że w tych czasach wcale ponurych na pytanie: „jak żyć bez pieniędzy?” — można odpowiedzi rozsądnej, słusznej, godziwej i na wspaniałym doświadczeniu opartej spodziewać się tylko od człowieka, co w Polsce książki pisze. Instynkt skierował tych dobrych ludzi w dobrą stronę: po trumnę idzie się do zakładu pogrzebowego, po rycynus do apteki, po dobrą radę idzie się do doświadczonego człowieka. I jak wraz ze wzrostem ruchu automobilowego otwarto wielką ilość szkół dla szoferów, tak w najbliższym czasie otwarte będą przez pisarzów i poetów polskich wolne akademie, gdzie się wykładać będzie o sztuce życia bez pieniędzy. Trzeba będzie ubiec z tymi szkołami malarzy, bo ci także znają tę sztukę tak samo wybornie.

Sztuka życia bez pieniędzy jest tak stara, jak literatura: zamierzam o tym napisać tom obszerny, szkolny podręcznik, który będzie rozrywany. Nikt nigdy nie wierzył podręcznikom pod tytułem: Jak łatwo i szybko zrobić majątek? — ten ci bowiem bęcwał, co go napisał, powinien był sam dać dobry przykład i własnym majątkiem zaświadczyć, że sposoby jego są świetne i mistrzowskie, a taki zazwyczaj chodził bez portek. O, ileż więcej wierzyć należy człowiekowi, który naucza, jak żyć bez pieniędzy?

Ostatecznie i bez wielkiej nauki, bez wszelkiej metody, szybko każdy, choćby matoł dziedziczny, sam znajdzie na to sposób; ludzie są dziwnie przemyślni i potrafią jakąś magiczną sztuką jeszcze wydoić tę zdychającą krowę chudą — dzień dzisiejszy. Należałoby więc jedynie nauczyć ich sposobów bardziej wymyślnych, niemal pięknych i pełnych wdzięku, z których pomocą człowiek w czasach najbardziej chudych żyć potrafi. Sposoby te znane &ą wybornie wielkim wtajemniczonym, to znaczy poetom, malarzom, rzeźbiarzom i aktorom; nie zdoła nikt wyliczyć ich w krótkim felietonie, taka ich jest ilość i taka różnorodność. Znałem malarza, który ze swej znowu strony znał dwieście czterdzieści sześć sposobów pożyczania pieniędzy od tego samego niewtajemniczonego idioty; znałem poetę, który — kiedy wszyscy potracili głowy — opływał w dostatki, umiał bowiem sprzedać: piec w nie swoim mieszkaniu, marmurową płytę z cudzego grobu i dubeltówkę jednego ze swoich nieznajomych.

Do takich wybornych transakcyj potrzeba jednego tylko: pogody ducha. Otóż to właśnie! Otóż w tych dwóch słowach mieści się tajemnica odpowiedzi na groźne i zdawałoby się, beznadziejne pytanie: jak żyć bez pieniędzy? Pogoda ducha! Z taką pogoda ducha żył bez pieniędzy Diogenes w beczce i Sokrates na rynku; tak żył największy i najmilszy święty — święty Franciszek; tak żyli wszyscy wielcy święci w poezji i malarstwie; tako do dziś żyją, zawsze uśmiechnięci, wszyscy niemal literatowie polscy. I dobrze im się dzieje, i kiedy wszyscy jęczą, oni pośpiewują sobie; kiedy wszyscy biegają w kółko, jak gdyby cała Polska dostała motylicy, oni jedni — gęby chude na słońce wystawiwszy — uśmiechają się do słońca i chwalą życie. Dla—czegóż to? Dlatego, że w pogodzie ich ducha nic się nie zmieniło; był jeden z drugim goły przedtem, jest taki sam goły i potem, więc czym się będzie martwił? Jego najmniej obchodzi sprawa, kto jest ministrem skarbu.

Wszyscy do niedawna opływali w akcje i dostatki, więc teraz mają za swoje, a taki jeden z drugim, co miał, to ma. więc nie ma kłopotów i żyje, i żyć będzie bez niespodzianek, bez wstrząsów nerwowych i bez bankructwa. Wywrócił się bank — cóż jego to obchodzi? On nie miał pieniędzy w banku. Kiedy zaś nawet wplątany jest w aferę finansową, wygląda to tak: wydawca winien jest pisarzowi sto trzy złote i ma mu je zapłacić w ściśle oznaczonym terminie, przypuśćmy l września. Zwyczajny człowiek, nie poeta, poszedłby tego dnia do wydawcy po swoje pieniądze. Niemądry człowiek! Poecie przez myśl nie przejdzie, aby tak uczynić, bo wie w wielkiej pogodnej swej mądrości, że mu wydawca powie:

— Drogi panie! miałem niespodziane wypłaty… Niech pan raczy przyjść za tydzień!

Poeta tedy, wiedząc o tym wszystkim z góry, przychodzi w tydzień po terminie i z góry nastraja swego ducha na pobłażliwą pogodę. Wtedy wydawca, ogromnie jego widokiem uradowany, szaleje ze szczęścia i wręczając mu dla równego rachunku trzy złote, daje słowo honoru, że tę małą resztę, sto złotych, odeśle mu nazajutrz, punktualnie, jak Boga kocham, żebym tak szczęście w handlu miał, odeśle mu do domu o godzinie czwartej.

Każdy przeciętnej inteligencji człowiek siedziałby kołkiem w domu nazajutrz o godzinie czwartej i co by z tego miał? Miałby gorzki zawód, atak wątroby, brzydko by klął, wściekałby się, pienił, mógłby pobić w zapamiętaniu żonę i skrzywdzić dziecko. Poeta zaś wychodzi o godzinie czwartej punktualnie z domu, pełen pogody i uśmiechu, i idzie zapytać malarza, czy nie ma przypadkiem złotego albo papierosa? I żyje. Pan Bóg czasem ręce załamie nad nim, zdumiony, jak taki żyje, ale mu błogosławi.

Co by zresztą stało się ze wszystkimi, gdyby pisarze, oni nawet, stracili spokój i pogodę? Oni jej też nie tracą i nauczają jej innych, wiedząc, że nie ma nic gorszego nad gorycz i zwątpienie, i widząc, że to zaczyna być epidemiczne. Ci, napojeni goryczą, pewnie mają słuszne po temu racje, ale czyż kogo ocaliła gorycz i psiakrewskość? Nikogo nie ocaliła. Złe też obyczaje i obyczaje mało towarzyskie mają topielcy, którzy podobno lubią wciągać w topiel bliźniego swego. Czy to ładnie? Niestety, nieliczni ludzie pogodnego serca widzą ze smutkiem, że moda taka stała się nagminna. Teraz nikt nic innego nie robi, tylko jeden straszy drugiego.

Pyta jeden:

— Panie, co będzie?

— Co będzie? — odpowiada drugi — nic nie będzie; będziemy gryźli kamienie!

Pomijając już zgryźliwość tej odpowiedzi i jej niesmak, należy ją uznać jako grubo i niezmiernie ironiczną wobec dentystów, którzy także nie mają teraz raju na ziemi.

Powiada jeden:

— Coś mi się zdaje, że będzie lepiej…

— Tak — warczy drugi — lepiej panu będzie, ale w grobie.

Ach, jakiż brak uprzejmej wytworności, jaka nielitościwa niegrzeczność… Wszystko to dlatego, że ludzie mieli pieniądze, a teraz ich nie mają. Właściwie idzie o drobiazg i zrozumienie, że byle idiota potrafi żyć, mając pieniądze, a sztuką wspaniała i bohaterską jest żywot bez pieniędzy; do tego należy przywyknąć i powoli się do niej przystosować, do czego zresztą dała natura człowiekowi niebywałe, fenomenalne zdolności.

Dobrze się dlatego dzieje, że niedawni bogacze zwracają się po radę do dziadów z dziada pradziada, do literatury, do starych praktyków, którym nic nie jest ‘dziwne, a najmniej dziwne to, jak się żyje bez pieniędzy. Możny Faraon, pan wielkich skarbów, też w takiej sytuacji, kiedy się urodzić miały krowy chude, poszedł po radę do mizeraka Józefa i dobrze na tym wyszedł.

— Nie jęcz, bracie! — powiada biednym niedawnym bogaczom literatura — nie jęcz i nie biadaj. Nie ma tego złego, co by na gorsze nie wyszło… Bóg dał, Grabski wziął, niech będzie pochwalone itd. Wzbudź w sobie pogodę ducha i uśmiechnij się. Tylko nie narzekaj, bo się obwiesisz niedługo na własnym narzekaniu. Jeśli się sam boisz, nie strasz innych…

Z najgorszych tarapatów można się zawsze wydobyć. Raz mój przyjaciel, literat we Lwowie, miał płacić nazajutrz weksel; był tak zmartwiony, że oka nie mógł zmrużyć, i przewracał się na posłaniu, jak Szekspir w grobie, kiedy mu w Teatrze im. Bogusławskiego wystylizowano komedię. Wreszcie, nie mogąc dłużej wytrzymać srogiego zmartwienia, wstał i poszedł do miłego Żydka, któremu miał nazajutrz płacić weksel. Puka w okno o drugiej w nocy.

— Kto tam? Co tam?

— Panie Teitelbaum, to ja!

— Nu, co jest?

Ja mam panu jutro płacić weksel!

— To ja wim, ale czego pan chce teraz?

— Ja panu chcę powiedzieć, że ja go nie zapłacę. — Oj, oj! Dlaczego pan mi to mówi teraz?

— Bo chciałem, żeby pan także nie spał.

To rzekłszy, poszedł i spał smacznie. Za niego martwił się jego Żyd.

Trzeba wesoło przeżywać niewesołe życie. Wiem, że po tym, co tu napisałem, żaden bank mi nie da kredytu… Och! jak bardzo się uśmiałem!