Jak się robi gazetę?

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Część V
Lisy i gęsi
Jak się robi gazetę? • VI • Felieton ze zbioru Kartki z kalendarza • written by Kornel Makuszyński Wywiady
Część V
Lisy i gęsi
Jak się robi gazetę?
VI
Felieton ze zbioru Kartki z kalendarza
written by Kornel Makuszyński
Wywiady

VI


Jak się robi gazetę?


Czytam zawsze gazety bez wzruszenia: wiadomość o zwołaniu piętnastej konferencji, mającej uzgodnić punkt „c” paragrafu szesnastego w komisji mieszanej, jest mi obojętna. To, że najmilszy w świecie paryski dziennikarz w wielkim stylu, Korab Kucharski, był u Poincaré’go, który go przywitał słowami: „Ach, mój dobry przyjacielu, zajdź przy sposobności do Focha” — nie wywołuje we mnie zdumienia; gdyby jutro przyjechał do Europy dalajlama, okazałoby się, że są z Korabiem w najlepszej komitywie.

Kiedy czytam, że sztuka mojego przyjaciela, wczoraj wystawiona, jest arcydziełem, wiem bez żadnego wzruszenia, że jeszcze jedna sztuka upadła.

Kiedy czytam, że się odbędzie mecz tenisowy Anglia — Polska, bez najmniejszego podziwu wiem, że wynik będzie 114 : 0. Kiedy czytam, że primadonna śpiewała jak anioł i „tylko w wielkiej arii cokolwiek mniej czuła się pewną”, wiem, że się baba darła jak zleżałe płótno i że wyła jak rozpacz.

Kiedy czytam, że „wczoraj straciła znowu Ojczyzna nasza jednego z tych, co to do zaparcia tchu” itd., wiem, że na pierwszej stronie musi być klepsydra za pięćset złotych i że umarł ktoś, co się nareszcie chociaż w ten sposób przysłużył Ojczyźnie, że komuś ustąpił miejsca.

Kiedy czytam, że się odbędzie bal, dotąd nie widziany i wszystko świetnością przewyższający, wiem, że będzie na nim tańczył pies z kulawą nogą i że na cel dobroczynny będzie sto złotych deficytu.

Kiedy czytam, że ktoś poszukuje 10 tysięcy złotych na pewne zabezpieczenie w celu założenia intratnego przedsiębiorstwa, wiem, że ani ja mu ich nie dam, ani nikt inny.

Kiedy czytam, że wczoraj błogosławiono „młodą parę. powszechnie znaną w szerokich kołach towarzyskich”, myślę bez wielkiego wzruszenia, że nierozumne zwyczaje żenienia się jeszcze mają swoich wyznawców.

Kiedy czytam w jednej gazecie twierdzenia Ygreka, że Ypsylon jest zwyczajnym złodziejem, ani na chwilę nie wątpię, że jutro przeczytam równie przekonywającą enuncjację Ypsylona, który udowodni, że Ygrek jest to arcyświnia.

Kiedy czytam radosną wiadomość, że powstaje nowy teatr, bynajmniej mnie to nie wzrusza, bo wiem, że nowy teatr zbankrutuje za dwa miesiące.

Kiedy czytam, że ktoś rzuca nową myśl stworzenia wielkiej placówki i dla zapoczątkowania wielkiego dzieła dołącza „swoją skromną ofiarę w wysokości 5 złotych”, wiem. że porwany entuzjazmem następca dorzuci jeszcze 50 groszy i cała heca się skończy.

Kiedy czytam rubrykę „znaleziono w tramwajach”, mogę z zamkniętymi oczyma wyrecytować spis znalezionych przedmiotów: rękawiczka, książka do nabożeństwa, legitymacja studencka, podpisane weksle, stłuczone binokle, a w rubryce „zgubiono” — brylant, kolczyk, portfel, żona. Od chwili, kiedy się pierwsza na świecie ukazała gazeta, nic się nie zmieniło w sposobie jej redagowania, do wszystkiego można było przywyknąć i czytać bez wzruszenia wszystko, od początku do końca. Od początku świata, jeżeli redakcja nie wie, co czynić z jakimś fantem i jakie wobec niego zająć stanowisko, redakcja dodaje od siebie dwa słowa: „Bez komentarzy”.

Jeżeli pisze: „jak to słusznie przewidywaliśmy…” — wiadomo, że przedtem nie było o tym ani słowa i nikomu nie przychodziło na myśl, aby cokolwiek przewidywać. Nikt się tym nie przejmuje, bo to nie ma celu.

Zdarza się jednak, Że spokojny, poczciwie spokojny człowiek, czytający gazetę, stawia nagle oczy w słup, potem się ręką chwyta za głowę, dobywa z gardzieli niesamowitego jęku, po czym w przystępie furii mnie gazetę, jak Cześnik wiarołomny list, i rzuca ją, jak odważny człowiek żonę.

Co się stało?

Nic! W każdej gazecie zdarzy się czasem coś nadzwyczajnego, niewiele zresztą potrzeba, ażeby takiego czytelnika, co miewa jeszcze iluzje, wyprowadzić z równowagi. Taki się rzadko rodzi, ale się rodzi; zdarza się i cielę z dwiema głowami. Taki czytelnik rozmawiał na premierze z dziennikarzem:

— I cóż, redaktorze, jak tam sztuczka?

— Kryminał, bujda na resorach, pod psem… Naiwny czytelnik czyta nazajutrz:


Owiana rozkosznym tchem swojszczyzny, sztuka naszego znakomitego kolegi zdobyła sobie publiczność wstępnym bojem(?).


Naiwny czytelnik leje sobie wodę na głowę. Naiwny czytelnik pyta pana redaktora:

— I cóż, redaktorze, jak tam ten nowy prezes?

— To, że kretyn, to drobiazg, ale on miał brzydką sprawę z dostawami.

W gazecie:


…wybornie przygotowany do swego zawodu obywatel, którego kryształowy charakter…


Jest to jednak pełne miłości bliźniego, łagodne wyzłacanie szarości życia i bynajmniej mnie to nie dziwi; gdyby ludzie zaczęli o sobie pisać prawdę, to i ten piszący nie miałby czasu na skończenie zdania, bo już by siedział w więzieniu na podstawie tego, co właśnie napisano gdzie indziej o nim.

Jest to wszystko wesołe i bardzo zabawne, a jednak są ludzie, co się tym niepotrzebnie przejmują i biorą to sobie do serca. Gdyby na przykład człowiek, książki piszący, wierzył w to, co o nim piszą w gazecie, srogie miałby życie. Zamordowałby bez drgnienia żonę, dzieci, starą ciotkę i sam by się obwiesił, i byłaby to tylko niewinna oznaka szaleństwa.

Nie mówię o poważnych i uczciwych krytykach, bo i tacy są na szczęście, ale o rozmaitych literackich łazikach i lekko podchowanych kretynach; dorwie się taki miły szympans pisaniny w jakimś „Dzwonku Kowelskim” albo „Głosie Pińczowskim” i używa, Boże ty mój! Im taki młodszy i głupszy, tym bardziej zapalczywy. Najgorsze jest to, że taki zawsze, przy każdej sposobności, wyjeżdża ze „służbą dla Ojczyzny” i w imię tej pokrzywdzonej Ojczyzny „karci” jakiegoś potężnego autora, który wedle „Wyjca Wiślanego” odważył się na przykład napisać coś radosnego, „podczas gdy Ojczyzna jęczy”. A ta Ojczyzna, gdyby znała takiego drapichrusta z Pińczowa albo Zgniłej Wólki, swojego obrońcę, to by mu nawet w pysk dać nie raczyła.

Należy tedy bez żółci czytać wszystko i z pogodnym uśmiechem; ja się osobiście wprawiłem tak, że mogę o sobie czytać najcudowniejsze brednie; uściskałbym raczej takiego przyjemnego idiotę za chwilę zabawy. Mnie nie mogły wyprowadzić z równowagi nie tylko święte bzdury jakiegoś poczciwiny, który wzywał prokuratorię, aby się mną zajęła, gdyż ja propaguję niemoralność i po przeczytaniu moich książek najczystsze dziewice bez żadnego innego powodu zachodzą w ciążę! Szalałem z radości i kulałem się, zachwycony, po dywanie, czytając w organie tak miłym i zacnym, jak „Głos Zakopiański”, ponure wiersze o sobie. Autor, jakiś kochany człowiek, wytykał mi rymem siarczystym, że jestem zwyczajnym Kubą Rozpruwaczem, bo piszę „cudne” książki (to ten miły człowiek tak je nazwał, nie ja!), a sam gram w bridge’a, piję wino w Zakopanem. Moja wina! Właściwie powinienem się sam oddać w ręce władzy. Ten zacny człowiek ma rację z tym miłym zastrzeżeniem, że to nie było wino, tylko paskudztwo z jabłek, udające wino. W bridge’a zaś w Zakopanem grać się w istocie nie powinno, tylko w „ferbla” albo w domino.

Czy to nie jest miło przeczytać o sobie takie przyjemne rzeczy? A są ludzie, których by to zirytowało. Gazety trzeba umieć czytać nie oczyma, tylko — sercem. Ha! ha! I trzeba wierzyć, że ten mąż, który pisze, pisze zawsze z wiarą w swoje posłannictwo.

Niedawno nasz miły przyjaciel, F. Hoesick, wystąpił gwałtownie przeciw Warszawie, że pobiera więcej za wizytę w dyskretnym miejscu, trzykrotnie więcej, niż biorą za to w Krakowie. Zaraz go złośliwcy i kpiarze napadli za to w gazetach. Ach, jakież nieporozumienie! Ja czytałem skargę udręczonego Hoesicka z powagą; oto — pomyślałem — jest dzielny obywatel, którego interesuje zagadnienie społeczne i krzywda ludzka! Bo i jakże? Czy w Warszawie, dlatego że to stolica, ludzie są słońmi i odpowiednio do tego „produkują” więcej, a w Krakowie to tak. jak wróbelki niewinne, bo biedacy nie mają z czego? Jest to problem ważny, choć zmusza do zatknięcia nosa; a przecież znalazł się pisarz odważny, który wlazł w to zagadnienie!

Nie sztuka pisać o pachnących kwiatkach…

Przy dobrej woli można wszystko zrozumieć, o czym piszą w gazecie i dlaczego o tym piszą? Zresztą jest w niej zawsze nieprzebrane mnóstwo informacyj pożytecznych, jak: rozkład pociągów, terminy pogrzebów, przepowiednie meteorologiczne, przepisy na zimne sosy itp. Są tak zwane „rzeczy ciekawe”, cudowne i przeraźliwe, o mordercy dzieci, o tym, że królowa murzyńska zniosła jajko, i o końcu Świata.

Obrazem życia w gazecie są dwa działy: ogłoszenia i wiadomości bieżące. Czytanie ogłoszeń jest doskonałym studium żywota; co straszliwego i co zabawnego dzieje się wśród bliźnich, o tym można się dowiedzieć z ogłoszeń. Przyznam się, że te dwa działy, one jedynie z całej gazety, przyprawiają mnie o wzruszenie. Kiedy czytam, że do sprzedania jest „ślubna suknia, mało używana”, robi mi się rzewnie na duszy. Biedna, o, jak biedna musi być kobieta, która to sprzedaje. „Posady poszukiwane” — to jeden płacz i zgryzota; na dwudziestu stronicach gazety nie ma może ani odrobiny prawdy, a w takich dwóch linijkach jest morze rozpaczy.

Do szewskiej pasji doprowadzają mnie „wiadomości bieżące”; dowodzą one, jak mizerne jest życie i jak mało pomysłowe; młodzieniec zawsze w nich strzela z floweru i trafia kolegę w oko, biedna kucharka zawsze wypija na schodach jodynę albo lizoform.

Do szczytu irytacji jednakże doprowadzić może człowieka codziennie niemal powtarzana wiadomość o „oszustwie brylantowym”. Wciąż ktoś komuś sprzedaje za grube pieniądze szkiełka jako brylanty, policja wpada wciąż na trop oszusta, a gazeta wyraża się o tym, który sprzedał fałszywe brylanty, bardzo obelżywie. Dlaczego? Należy się tej sprawie przypatrzyć dokładnie i zmienić do niej stosunek. Dowcipnego psychologa nazywa się zwyczajnym oszustem i ohydnym łajdakiem, a kretyna, zawodowego idiotę, który się dał podejść, nazywa się „niewinną ofiarą”.

Moim zdaniem, należałoby zamykać w więzieniu tych wszystkich oszukanych, bo zajmują cenny czas policji i robią wrzask i rwetes. Czyta taki jeden z drugim codziennie, Że na ulicy sprzedają fałszywe brylanty, a kiedy jemu zaproponują taki interes, kupuje w tej chwili. Kupuje zaś dlatego, że tanio, myśli z radością, że jeżeli tak tanio, to pewnie brylanty są kradzione, więc zrobi dobry interes kupując kradzione. Już za to samo należy zamknąć taką „niewinną ofiarę”, bo niewinna ofiara jest w głębi duszy urwipołciem. Ważniejszym jednak powodem, by takiego zamknąć na kilka lat, jest to, że nie wolno czytelnikowi być upartym kretynem. Dlatego że on był głupi, to dlatego musi potem pracować cały urząd śledczy. Prawodawca powinien zagrozić każdemu w tym sensie, że kto się da oszukać naiwnie i tak grubo, jak w tych sprawach brylantowych, powinien być pozbawiony opieki prawa.

— Jak pan mógł uwierzyć, że to prawdziwe brylanty? — pytają zirytowanym tonem takiego syna muła i kanapy.

— Bo ten oszust twierdził, że to brylanty z Rosji… — jęczy syn strusia i tapira.

Otóż to! Gdyby brylanty były prawdziwe, to byłyby albo zrabowane, albo ukradzione, w każdym razie byłyby pomazane krwią i łzami. Ale taki to się ani chwili nad tym nie zastanowi w ciemnej swojej i łapczywej na tanie zyski duszy! l właśnie dlatego kupuje, bęcwał jeden… Słusznie też dają mu szkiełka, bo czymś trzeba takiego pokarać! I nad takim w gazecie się litują…

Poza tym w każdej gazecie są działy humorystyczne. W jednym podaje się stare dowcipy, a w drugim komunikaty teatralne.