Kobiecie dzieje się krzywda

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Ty maju, ty raju, ty wiosno! Kobiecie dzieje się krzywda • VIII • Felieton ze zbioru Kartki z kalendarza • written by Kornel Makuszyński Kobieta zbyt oczerniona
Ty maju, ty raju, ty wiosno! Kobiecie dzieje się krzywda
VIII
Felieton ze zbioru Kartki z kalendarza
written by Kornel Makuszyński
Kobieta zbyt oczerniona

Kobiecie dzieje się krzywda


— Jaka? jaka? — wola wielki chór kobiet.

Zaraz, zaraz, powoli! Sprawa zostanie oświetlona należycie i wyświetlona. Winni zostaną zawstydzeni.

Rozpoczniemy awanturę z policją i przejdziemy z pychą na ukos przez ulicę naszego tematu i nic nam policja nie zrobi.

Oto pewnego razu zdarzyło się w Warszawie, że młoda dziewczyna, odurzona zapachem wiosny i bzu, namówiona przez bujne serce i przez własną radość, ucałowała z nagła przystojnego policjanta, sterczącego na rozstaju dróg. Policjant najpierw zdębiał i odebrało mu mowę. A potem… — nie szlochaj, serce! — potem zaaresztował tę cudowną dziewczynę. Pisałem kiedyś o tym z takim oburzeniem, że do końca świata żadna dziewczyna nie pocałuje policjanta na służbie, a kiedy będzie poza służbą, ucałuje go z niesmakiem. Zły to był człowiek, z drewna wyciosany, niegodny pocałunku. Ona do niego z pocałunkiem, on do niej z gumową pałką. A cóż ma robić dziewczyna na wiosnę, biedactwo, jak nie całować, choćby policjanta?

To zrobił zbrojny mąż. Teraz czytajmy, co uczynił drugi. Oto dowiedział się przez „szpiegrze”, że:


Panna Katarzyna Cieślak w dowodzie osobistym rok urodzenia 1900 — przerobiła „z łatwością” (jak powiada protokół policyjny) na rok 1908, odmłodziwszy się o lat osiem. Pociągnięto ją za to do odpowiedzialności karnej i odstawiono z Raszyna etapem do Warszawy.


„Oj, Kasiu, Kasieńko!” — płacze Lucjan Rydel. „Oj, Kasieńko, skarby moje!” — jak się naigrawa Mefistofeles.

„Katarzyno Cieślak! Cóżeś uczyniła?” — jak jej powie sędzia.

Nieszczęsna i w srogie kajdany zakuta Katarzyna będzie zapewne protestowała łzami i narzekaniem. Gdybym był Szurlejem, pobieżałbym szybko i broniłbym jej z takim zapałem, że sąd wręczyłby jej kwiaty z uprzejma uwagą wśród motywów wyroku, że gdyby każdą kobietę karać za umniejszenie sobie wieku, cały świat byłby jednym, uroczym kryminałem. Oczywiście, owa Katarzyna upadła na młodą głowę zmniejszając sobie wiek w dokumencie, zamiast to robić „na gębę”. Dokument — trudno! — wielka rzecz i sroga. Gdyby każdy chciał w nim coś—wyskrobać, życie by się cokolwiek skomplikowało. Tylko nie wyskrobywać, Kasiu, tylko nie to! Policja tego nie lubi i nikt tego nie lubi, bo jeden to zrobi z dowodem osobistym, a drugi zaraz z wekslem, z losem loteryjnym, z testamentem. Pomysłowość ludzka jest wzniosła i niewyczerpana.

Nie o to mi jednak idzie, lecz o dobrą sposobność, aby się użalić kobiecej krzywdy i jej odwiecznej męki serdecznej. Kto stanie w obronie kobiety, jeśli ja tego nie uczynię? (Otarłem łzę w lewym oku…) — Po co — pytam głosem nabrzmiałym od bólu — wciąż, zawsze, uporczywie, jadowicie i z katowską lubieżnością zapytywać kobietę o wiek. Po co ranić w samo serce jej wieczną, kwitnącą fiołkami młodość? Wymyślił to jakiś człowiek zły, trzykrotnie żonaty i z tego powodu cokolwiek szalony. Po co ją uszczęśliwiać wbrew jej woli? Kobieta świetnie wprawdzie i z cudowną namiętnością walczyła o równe prawa z męskim połamańcem, ale tego prawa najzagorzalsza zrzeknie się feministka.

Wiek mężczyzny musi być znany, bo mężczyznę trzeba wziąć do wojska albo posłać na emeryturę, władza musi przeto wiedzieć, czy mężczyzna ma w pierwszym wypadku lat dwadzieścia jeden, a w drugim trzydzieści osiem? Mógłby się taki przemycić i zostać na posadzie do sędziwego wieku, do jakichś lat czterdziestu pięciu, oszust jeden! Wiek kobiety musi być znany w kilku wypadkach mizernych jak zamążpójście i w jednym wielkim: w czasie głosowania do senatu. Ponieważ jednak prawo to jest pono zachwiane jak ząb mądrości, nic już przeto nie stoi na przeszkodzie, aby rok urodzenia kobiety pozostał na wieki wieków jej serdeczną tajemnicą. W tej chwili jest tajemnica ta obrażana i podawana świętokradzko do publicznej wiadomości. Przy ślubie — trudno! — trzeba wyznać prawdę choćby po cichutku, bo Pan Bóg wszystko wie, więc nie opłaci się żadne krętactwo. Zdarza się jednak, że kobieta zgubi parasol. Nie jest to zdarzenie zdolne wstrząsnąć światem. A w urzędzie pytają:

— Imię i nazwisko?

— Nazwiska rodziców?

— Miejsce zamieszkania?

Pytania te są łatwe i kobieta płynnie na nie odpowiada, choć imię matki nigdy jeszcze nie pomogło do odnalezienia parasola. Ale władza pyta na koniec:

— Dzień i rok urodzenia?

Na połamany parasol! Co to pana obchodzi? Pytaj pan o wiek parasola, nie o wiek damy! Dama bowiem, jeśli uważa swoją tajemnicę za świętą, wyrzeknie się zguby

1 wyjdzie oburzona i odmłodzona o lat dziesięć, bo jej od gniewu przybędzie rumieńców.

To by można jeszcze przeżyć, bo przy tej awanturze jedynym świadkiem jest parasol. Gorzej jednak nieszczęsnej kobiecinie, jeśli ją zawołano do sądu, aby świadczyła. Przede wszystkim pytają ją o tzw. generalia. Ha! ha! Czy kobieta lepiej będzie świadczyć mając o dziesięć lat więcej, czy będzie świadczyć gorzej, odmłodziwszy się o taki sam drobiazg? Kobieta, schwytana w pułapkę, odpowiada wtedy przedziwnie szybko:

— Mam lat… dzieści dwa!

Jeśli sędzia jest bez duszy, zaraz w krzyk:

— Ile? ile? Proszę mówić wyraźnie.

Nieczęsto to się jednak zdarza. Sędzia jest mądry i pobłażliwie przyjmuje do wiadomości owe „dzieści dwa”. Tak być powinno. A adwokat strony przeciwnej, który by się na wszystko ważył, nie waży się podać takiej odpowiedzi w wątpliwość, bo zbudziłby tygrysa i demona zemsty. Wszystko jedno jest już bowiem kobiecie, której wydarto z serca prawdziwą cyfrę lat.

A po co to czynią? „Nazywa się Manon, ma dziewiętnaście lat” — i koniec. Każdej kobiecie powinno przysługiwać prawo do ogłaszania takiej liczby lat, jaka się jej żywnie podoba. Sama się będzie chyba strzegła zbyt jaskrawej przesady i mając sześć podbródków i już wąsy, nie będzie śpiewała dyszkancikiem, że „nazywa się Manon i ma dziewiętnaście lat”, albo udając ptaszka będzie świegotała jak Butterfly, że ma lat trzynaście.

Niedobrze jest, kiedy dama, która tańczyła poloneza z Kościuszką, udaje, że nie wie, kto to taki? Należy przeto polegać na dobrym smaku damy, jednakże w granicach prawdopodobieństwa należy dać jej całkowitą wolność. Kilka lat mniej, kilka więcej, to drobiazg. Das schadet weder ihr, noch mir — jak rzekł Marcin Luter przy zgoła innej sposobności. — „Ani im to nie szkodzi, ani mnie”.

Zdawałoby się bowiem, tak na oko tylko, że kobieta pragnie się odmłodzić — z pospolitej próżności. Zapewne są i takie, ale jest jeszcze siedemdziesiąt siedem innych, głębszych powodów. Jednym z nich i nienajgorszym jest ten, że głęboko zakorzeniona jadowitość ludzka nigdy nie chce uwierzyć w prawdę. Gdyby kobieta nieroztropnie wyjawiła prawdziwą liczbę swoich lat, i tak jej nikt nie uwierzy, zawsze jej dodadzą, mimo przysiąg i zaklęć. Pragnąc tego uniknąć postępuje wedle zasad umowy społecznej: mając lat trzydzieści ogłasza, że ma lat dwadzieścia. Wtedy automatycznie głos powszechny dodaje jej dziesięć i oto wychodzi liczba prawdziwa: trzydziestki. Prawda triumfuje, tylko okólną drogą dochodzi do tego mizernego triumfu. Jest bowiem pewna metoda w tym obłędzie. Może to się mści odwieczne, pierwsze kłamstwo, jednakże nikt już tego nie odmieni.

Jest to gra towarzyska, w której każdy pragnie brać udział. Niech się kilku matołów zbierze przy kawiarnianym stoliku i niech w tej chwili wejdzie do kawiarni głośna aktorka. Aktorka piękna jak orchidea, ma w oczach wiosnę, a na ustach promienisty uśmiech wschodzącego słońca, jest piękna i młoda. Nagle jeden z matołów powiada:

— Ależ ta się trzyma! Ma już pod pięćdziesiątkę, a patrzcie, jak udaje młodą dziewczynkę.

— Pod pięćdziesiątkę? — powiada drugi matoł boży. — Ona musi mieć najmniej pięćdziesiąt pięć. Zaraz panu obliczę… Kiedy ja miałem lat piętnaście, ona już grała w Ćwiartce papieru.

— Panie, to nie ta!

— Mnie pan będzie uczył? Słowo honoru daję, że ją widziałem… Trzydzieści kilka lat temu. Musiała mieć wtedy ze dwadzieścia.

Piękne biedactwo, zanim wyszło z kawiarni, jest stara miotłą, zakurzonym gratem, piramidą Cheopsa i ciotka Tutankhamena. A dlaczego? Ja nie wiem. Ludzie nie lubią, jeśli kto jest od nich młodszy. Małpia złośliwość. Tacy wymyślili okrutne narzędzie, zwane „zębem czasu”. Łagodnemu, wszystko przebaczającemu czasowi wprawiono jakiś potworny kieł, którym gryzie kobiety, i tylko kobiety. Mężczyzna jest zdania, że „klepsydra drży w rękach czasu”, kiedy się do niego zbliża. Sam używa rozmaitych paskudztw, czernidła na wąsy, brylantyny na głowę, masuje sobie fizjonomię, czerwieni paznokcie, ale tylko jemu to wolno. A niech będzie wiecznie młody, niech sobie najdorodniejszego upatrzy szympansa, niech jednak pozwoli innym promienieć młodzieńczo! Faust duszę zaprzedał diabłu, byle mu odjął siwą brodę i zgrzybiałość serca. I każdy mężczyzna snadnie by to uczynił, tylko że diabły zmądrzały i nie handlują już wypłowiałą starzyzną. Kobieta, nie czyniąc szachrajstw z piekłem, sama walczy bohatersko o swoją młodość.

Dobrze robi, wybornie czyni! Chwyta się tej młodości rozpętanym pragnieniem, każdym włóknem serca, każdym linieniem oka. Czasem to mi jej serdecznie żal, tyle znosi udręczeń i tyle daremnych czyni wysiłków. Czasem czyste popełnia wariactwa i wyprawia tragikomedie. To też jest nieznośna przesada, pokarana dotkliwie śmiesznością, o tych pomylonych, platynowych główkach nie chcemy mówić. My pragniemy uwielbić — aż uwielbić! — tę. kobietę, która jak długo może, walczy ze starością, ze smętkiem jesieni, z melancholią, gnuśnością i stetryczeniem.

Taka kobieta wie, że kosmyk siwizny jest najpiękniejszym kolorem włosów i wcale go nie ukrywa. Można bowiem mieć srebro we włosach, a duszę cudownie młodą i serce, głośno śpiewające. Wtedy ta dusza odbija się w oczach, a oczy się uśmiechają. Serce wysyła swoje burzliwe głosy na usta i usta śpiewają. Co to kogo obchodzi. ile ma lat taka promienna kobieta, która sieje blask i radość i „wszystka jest piękna”? Wiek nie jest żadnym nieszczęściem, nieszczęściem jest świadomość wieku, poddanie się przemocy lat i ugięcie się pod ich ciężarem. Starość można zwyciężyć i można z triumfalnym okrzykiem wybić ząb czasowi. Nie kłamie przeto kobieta pięćdziesięcioletnia mówiąc, że ma lat trzydzieści, bo ona naprawdę ma ich tylko tyle.

Nowa, dzielna kobieta ma ich jeszcze mniej! Wrzuciliśmy do pieca fatalny mebel: ohydnego, narowistego konia, starą, jęczącą kanapę, na której siadywały nasze babki, posyłane na nią jak na zesłanie. Babka, biedactwo, miała czterdzieści lat i była staruszką. Na weselach klaskano w dłonie, kiedy „puściła się w tany”, i pito jej zdrowie. Teraz babka kanapę wyniesie na własnych plecach i sama wypije niezgorzej, bo jest młoda, młoda! Wmówili w nią starość i robronowe dostojeństwo jak w Żyda chorobę, aż wreszcie przejrzała. Nic nikomu do jej lat! Kiedy sama uzna, że już czas, wtedy odejdzie bez jednego słowa w swoja srebrną ciszę! Dobry jej smak wydzwoni tę godzinę. A ludzie ze złym smakiem wymyślili paszporty i pytają przy każdej sposobności o lata.

Kobieta tak długo jest młoda, jak długo młode jest jej serce. Instrument ten jest tak przedziwnie urządzony, że nikt nie odgadnie jego wieku, ani nikt nie może oznaczyć granic jego radosnej siły. W okresie młodych staruszek historia notowała z dziesięcioma wykrzyknikami kobiece fenomeny, mające w bardzo srebrnych swoich latach odwagę młodości. Dzisiaj nie warto z tego robić wielkiej awantury. Młodość idzie przez świat, śmieje się i śpiewa.

Starość, zgryziona, stetryczała, z rozlaną żółcią, z octem w każdym słowie, zaniedbana, niechlujna i brzydka, czeka nadaremnie na swoje ofiary, te wypłowiałe, z wypłowiałej kanapy pod zwierciadłem, w które nikt nie śmiał spojrzeć.

Powinniśmy być z całego serca wdzięczni kobiecie, że ona jedyna ważyła się na walkę ze starością i jej bolesnym teatrem anatomicznym. Mężczyzna, zapuszczony jak dziki ogród, dźwigający przed sobą beczkę brzucha, nie pojmie jej brawury. Duch, jak wiadomo, w brzuchu nie mieszka. Mieszka on, wiecznie młody, w sprężystej, śmigłej, smukłej, zdrowej, promienistej kobiecie. Zwyciężyła ona już starość, ba! a może zwycięży nawet śmierć?

Kobiety najdziwniejsze mają pomysły… Patrząc na nie. amazonki zwycięskie, Pentesilee, dumnie ze starością walczące, wczepmy się także pazurami w młodość i nie wypuszczajmy jej z uścisku. Trzeba w siebie wmówić młodość, jak one to czynią, i odmładzać się wiarą w ciągłe jej trwanie. To znacznie mądrzejsze niż liczenie lat kobiecie, jadowite i ponure. Lepiej niech sobie taki kamienie w żółci policzy niż cudze lata, mandryl jeden, wołający w komedii Oskara Wilde’a: „Młodzieńcze, uszanuj farbę moich włosów!”


Zawsze będę bronił kobiety, która pragnie być młoda. Czyniąc to pracuje usilnie, oczywiście dla siebie, ale poza tym dla ciebie, dla mnie, dla nas wszystkich. Chce wygładzić nasze zmarszczki i usiłuje zetrzeć pleśń z kory serca: pragnie, aby w naszym ogrodzie rumieniły się czerwone kwiaty, a nie szeleściły nudnym, beznadziejnym szelestem zwiotczałe, uschnięte badyle.

I ja mam za to takiej kobiecie liczyć lata? Na starego Matuzalema, dziarskiego w wieku lat siedmiuset! Na sto trzydzieści lat wesołego Turka, Achmeta, co się niedawno chciał żenić! Na cudowna młodość Ludwika Solskiego, co onegdaj poleciał aeroplanem na przedstawienie do Poznania, a wczoraj do Lwowa! Na moje serce, które wieku niepomne, śpiewa, i na moją siwa duszę, która jak król Dawid pląsa skocznie, kiedy ujrzy wino! Lata każdej kobiety są Jej własnością i niech z nimi czyni najbardziej czarodziejskie sztuki. Mężczyzna ma tyle lat, na ile wygląda, a kobieta ma ich tyle, ile jej się podoba; tyle ma lat, ile ma serce jej i uśmiech w jej oczach. Jak długo umie dom napełnić śpiewającymi głosami, jasnością i złotą pogodą — młoda jest! Choćby miała wnuka dryblasa i wnuczkę, co już sobie odjęła ze dwa, trzy lata…

Raz dzielna jedna kobieta, zapytana przez sędziego, ile ma lat, odrzekła dumnie:

— Mam lat trzydzieści… I długo będę je miała!

Oto mi wyborna odpowiedź!

Dlatego wnoszę:


Wysoki Sejm raczy uchwalić, aby nie zmuszać kobiet do wyznawania bez szczególnej potrzeby liczby swoich lat; nie wypisywać ich wielkimi cyframi w dowodach osobistych, nie wyciągać ich za włosy z serca kobiety w sądzie i w innym urzędzie. A ową Katarzynę, co sobie wyskrobała marnych lat osiem, natychmiast uwolnić!


Zdarza się znakomita sposobność dla jakiegoś posła, aby okazał, że nie za darmo bierze diety. Ponieważ ja, niestety, jestem tylko na diecie, ale nie jestem posłem, pragnę wyśpiewać chwałę wiecznie młodej kobiety. Dziarsko zanucę tedy skocznego krakowiaka Edmunda Wasilewskiego, bo się dobrze do tej nadaje uroczystości:


Na wysmukłej jej kibici sześć wieków zdrzymało,
Przecież stoi jak dziewica, przecież stoi cało!
(bis)