Muzyk i śmierć

Free texts and images.
Jump to: navigation, search
Muzyk i śmierć


Dobry dowcip zrobi czasem literat, rzadziej malarz, a nigdy rzeźbiarz. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale tak już jest. Opowiadał jeden bardzo stary człowiek, że był raz przed wielu laty na Starym Mieście taki rzeźbiarz, któremu się udał dowcip; bardzo stary człowiek jednakże, zdaje się, że się myli, nie był to rzeźbiarz, tylko kamieniarz, co robił nagrobki i dlatego był wesoły. Rzeźbiarz pod tym względem jest jak marmur. Co do muzyków opinia jest podzielona: jedni twierdzą, że muzyk może ostatecznie zrobić dowcip, inna zaś szkoła jest temu przeciwna. Ja twierdzę, że są muzycy dowcipni, chociaż przekonanie moje nie ma podstaw ugruntowanych, opieram je bowiem na tym, że jeden wyborny muzyk, mój przyjaciel, obiecał mi siedem lat temu powiedzieć jeden świetny dowcip. Robił już niejednokrotne próby i już zaczynaliśmy się śmiać. Ponieważ rzecz nie doszła do skutku w całej pełni, nie mam powodu do tracenia nadziei i jestem jak najlepszej myśli, i przekonany jestem w głębi, że jednak muzyk może być dowcipny. Były zresztą tego przykłady w historii. Cudowny piosenkarz, Jan Gall, mówił pierwszorzędne dowcipy à propos, nagłe i błyskawiczne.

Zdarzyła się jednak niedawno rzecz naprawdę niebywała; oto muzyk, i to nie byle jaki, bo pierwszorzędny, twórca pysznej ilustracji muzycznej do Nocy listopadowej i Księcia niezłomnego, uczynił dowcip z premedytacją, dowcip na większą skalę, dowcip ponuro–makabryczny. Muzyk ten znamienity ma metodę Charlie Chaplina: twarz spokojna, piekielnie smutna, jak gdyby jej właściciel nie umarł tylko przez roztargnienie albo jak gdyby od siedmiu pokoleń ciążyła na nim klątwa — a w sercu pogoda. Ile razy spotkam tego strasznie miłego człowieka, chcę go zapytać w pierwszej chwili na wszelki wypadek:

— Ach, więc ukochana ciotka pańska zeszła z tego świata?

Ciotka albo stryj, albo babka — wszystko jedno, w coś by tam zawsze człowiek trafił; taka pogoda twarzy zapowiadała nie tylko jedną śmierć, lecz epidemię.

Otóż muzyk ten przezacny szedł sobie niedawno Alejami w stronę Nowego Świata, nasłuchując, w jakiej tonacji gwiżdże wiatr. Jest to zajęcie pasjami przez muzyków i wariatów lubiane. Nagle lunął deszcz, co nie jest zdarzeniem tak bardzo niesłychanym, aby się temu dziwić. Toteż mój przyjaciel muzyk bynajmniej nie okazał zdumienia, co by się zresztą na nic nie zdało i byłoby jedynie marnowaniem emocjonalnych sił ducha, na tej bowiem nieruchomej twarzy nic by i tak nikt nie zauważył. Ponieważ i znakomitym ludziom deszcz moczy ubranie, a „deszcz gwałtowny”, wedle Horacego, nie szkodzi jedynie pomnikom, mój przyjaciel muzyk w tempie di marcia usiłował uniknąć deszczowego preludium, deszcz bowiem zdradzał tendencję senza fine. Wobec tego skręcił, jak motyw u Strawińskiego, bolesnym ruchem w stronę pierwszych drzwi. Wszedł spokojnie i bynajmniej tym niewzruszony. że bez żadnego celu znalazł się w sklepie, bardzo miłym i dobrze urządzonym. W sklepie tym sprzedają trumny.

Miły pan podniósł się zza kontuaru i skłonił się z powagą.

— Moje uszanowanie szanownemu panu!

— Moje uszanowanie… — odrzekł muzyk głosem smutnym.

— Pan dobrodziej ma wielkie zmartwienie. Ha! trudno… Nikt śmierci nie ucieknie, po to się człowiek rodzi.

— Niestety! — westchnął muzyk.

— Niech pan raczy usiąść.

— Dziękuję…

— I to tak na wiosnę, mój Boże!

— Zdarza się, drogi panie…

— Przepraszam, że muszę o coś zapytać, choć to panu sprawi przykrość.

— Ależ proszę, niech pan pyta.

— Chciałem się dowiedzieć, czy szanowne ciało leży daleko stąd?

— Bynajmniej, bardzo blisko.

— Aha! To się tym prędzej zrobi. Czy pan chce łaskawie podać wzrost szanownego ciała?

— Wzrost? Coś tak, jak ja.

— Doskonale! Jakiej klasy pan sobie życzy?

— To obojętne!

— Ależ wcale nie, szanowny panie. Jest pięć klas!

— Pięć? Wie pan, że to zajmujące.

— Tak! tak! nasza robota jest precyzyjna i wszystko jest przewidziane. Niech pan łaskawie obejrzy wzory, oto są fotografie.

— Śliczne!

— Dziękuję panu! bardzo jest miło mieć do czynienia ze znawcą. Więc ta tutaj to jest klasa pierwsza; trumna z rzeźbami, z okienkiem w wieku.

— Ależ to dowcipne!

— To jest bardzo mądre urządzenie…

— To jest oko wieczności!

— Oko wieczności? Ładnie powiedziane… Trumna jest solidna, szeroka, wygodna…

— To jest właściwie dom z oknem; nieboszczyk będzie jak u siebie.

— A żeby pan wiedział! Ale to trochę kosztowne…

— O, to źle!

— Ależ, panie szanowny, to nic. Nie ta, to tamta. Niech pan spojrzy na tę trumienkę! — aż miło spojrzeć, słowo daję. Takie idą masami, są bardzo lubiane. Jest gdzie leżeć, i do tego wygodnie. Atłas pierwszorzędny, trumienka zamyka się doskonale.

— Szkoda, że bez okna!

— Trudno, proszę pana, mówiłem panu, że z okienkiem drożej. Za to, niech pan patrzy, jaki spokojny, ciepły kolor… Toż to rozkosz, nie trumna… Tę, ze złotym paskiem i esem floresem, serdecznie bym polecił. Czy szanowne ciało należy do kobiety?

— Niestety, nie!

— To dobrze, dla kobiety byłaby to trumna nieco za surowa, za ciężka w linii, tak, to raczej męska, solidna, pierwszej klasy.

— Czy się pan nie myli?

— Mylić się? To niemożliwe. Dla tak szanownego klienta, jak pan, towar musi być najściślej pod każdym względem skontrolowany. Chciałbym dla pana wynaleźć coś dobrego i niezwykłego. Niech pan patrzy, jaka to zgrabna trumienka! To z trzeciej klasy, a każdy głowę da, że z pierwszej; smukła, ani za mała, ani za duża, kolor pogodny, wesoła trumna, słowo daję.

— Wie pan, że mi się bardzo uśmiecha.

— Toteż bardzo bym panu radził. Sam bym nigdy innej… to jest, niech się pan namyśli.

— Owszem, namyślę się, mam czas…

— No, z czasem to jest gorzej… Śmierć nie czeka, drogi panie, a szanowne ciało…

— Tak, tak! To smutne!

— Pewnie, że nie wesołe. Na tę trumnę miała apetyt jedna pani, ale jak się dowiedziała o testamencie nieboszczyka, kupiła piątą klasę.

— Ludzie są niegodziwi!

— Święte słowa pana dobrodzieja! Przecież nieboszczyka, choćby był najgorszy drań, jakoś uczcić trzeba. A czy pan da wiarę? Nic nie idzie z pierwszej klasy, nic z drugiej, mało co z trzeciej, a tylko czwarta i piąta mają zbyt. Płakać się chce.

— Współczuję z panem serdecznie…

— Mocno zobowiązany… Gdyby wszyscy byli tacy, jak pan…

— O, pan jest zbyt łaskawy.

— Nie, panie, tylko mam wprawne oko w stosunku do klienta.

— Doświadczenie pana musi być ogromne.

— Myślę sobie! Kiedy, proszę pana, na przykład, wchodzi do mego sklepu kobieta, wierzę, że interes będzie diabła wart.

— Ej?

— Z pewnością. Umarł mąż, to go trzeba pochować, ale byle tanio. Jedna suknia więcej kosztuje niż dziesięć takich trumien, z których ona jedną wybierze.

— Wie pan, że to oburzające. A co robi mężczyzna?

— Mężczyzna? Panie! boki zrywać! „Żona mi umarła” — powiada z rozpaczą i wybiera najpiękniejszą, najbardziej kosztowną trumnę i tylko jeden stawia warunek, byle się szczelnie, mocno zamykała i żeby ją przysłać w tej chwili, natychmiast.

— Ha! z kobietami nigdy nie wiadomo, bo to niby umrze… Ciekawe to są rzeczy. A czy więcej pan sprzedaje męskich czy damskich?

— Męskich, naturalnie, że męskich.

— Czy kobiety dłużej żyją?

— Nie, tylko mężczyzna czasem woli umrzeć.

— Więc interes idzie?

— Dzięki Bogu, jako tako, bo lekarzy jest coraz więcej i Kasa Chorych jest, i jest ministerium zdrowia. Ale to nie to jeszcze, co jakaś mała epidemia albo coś w tyra rodzaju. Tak — to tylko kapanina.

— Czy nie liczy pan na wzrost ruchu automobilowego?

— Bynajmniej. Zawsze przejadą jakiegoś biedaczynę, bo taki, którego stać na metalowa trumnę, siedzi właśnie w automobilu.

— Tak, to prawda. A czy miał pan klientów ze świata artystycznego?

— Z jakiego świata? Z artystycznego? Widzę, że pana dobrodzieja nawet w nieszczęściu humor nie opuszcza. Mój zakład, jak pan to pewnie zauważył, jest pierwszorzędny.

— Jest przecież piąta klasa…

— Tak, ale nie ma dziesiątej.

— I to prawda…

— Wolę, żeby taki „ze świata artystycznego” umierał u mego konkurenta. I bez tego jest dość kłopotów!

— Jednego jednak pan z pewnością nie ma!

— Czyżby? Jakiegoż to?

— Czy zdarzyło się, żeby komitet loterii fantowej przyszedł prosić pana o fant?

— Ha! ha! ha! Ma pan rację, to się nie zdarzyło.

— Pański szanowny zakład ma jeszcze jeden przywilej.

— Nie wiem o nim.

— Nie przyszło panu na myśl. Więc, czy zdarzyło się panu, żeby przyszedł do pana niezadowolony klient, oddał towar, zrobił awanturę i zażądał zwrotu pieniędzy?

— To znaczy kto?

— No, nieboszczyk!

— Co też pan szanowny wygaduje…

— Widzi pan, jakie pan ma przywileje. Aj! Jeszcze jedno… Przecież pan ma święty spokój, kiedy pan sprzedaje trumnę dla dostojnej zmarłej damy. Niech pan sobie wyobrazi, co by to było, gdyby można sobie było wybrać trumnę, tak jak kapelusz albo suknię, i gdyby tak szanowna nieboszczka mogła to uczynić osobiście. Co by pan zrobił?

— Doprawdy nie wiem…

— A ja wiem; położyłby się pan do najbliższej trumny. O, do tej smukłej. Co ona kosztuje?

— Sama czy z paradą?

— Ze wszystkim.

— Ze wszystkim to będzie jakieś trzy tysiące.

— Nie może być! To bardzo tanio.

— Więc ją pan bierze?

— Ja? nie!

— Jak to? więc tamtą?

— Tamtej także nie wezmę.

— Ależ czemu, szanowny panie?

— Patrz pan, deszcz przestał padać, zaczyna się wypogadzać. Bardzo mi było miło…

— Dziękuję! Więc trumienkę odesłać?

— Na razie nie.

— A wolno wiedzieć kiedy?

— Czy ja wiem? Mój Boże, za dziesięć lat, może za dwadzieścia. Bo to będzie dla mnie. Chciałbym tę z okienkiem, bo jest rozkoszna, ale niech pan liczy najwyżej na piątą klasę.