Naczynie złości

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Naczynie złości • Opowiadanie • written by Kornel Makuszyński
Naczynie złości
Opowiadanie
written by Kornel Makuszyński
Info Simple bw.svg Naczynie złości: Information and licence SemiPD-icon.svg

Sądząc z tytułu, powinna to być historia wschodnia, wazon jednak z tej bardzo zwyczajnej opowieści zetknął się ze Wschodem w ten sposób jedynie, że był kupiony (z wszelką nawet pewnością) u starego Izraelity w okolicach ulicy Świętokrzyskiej, gdzie sprzedają fałszywe miniatury, bardzo fałszywe obrazy i jeszcze fałszywszą porcelanę. Oprócz sprzedawców, niewątpliwie wschodnich, wszystko na tej ulicy jest falsyfikatem. W każdym bric à bracu jest tu do kupienia stare łoże, które należało do księcia Józefa, jak gdyby promienisty ten książę niczego innego w życiu nie robił, tylko spał na coraz to innym łożu.

Najwięcej jednak jest tu na sprzedaż kruchego szkła i delikatnej porcelany, nadgryzionej przez nielitościwy czas, który ma dziwną manię i jak stary pijany szewc, czający chorobliwą niechęć da uszów swoich terminatorów, utrąca uszy wazonom i filiżankom. Są to zwykle ostatnie z porcelanowego rodu, sieroty bez pary i bez zagnę j podstawy, względnie podstawki do życia; są to naczynia puste, a jednak pełna brunatnej melancholii, koloru kiepskiej herbaty lub zgoła czarnej jak czarna kawa rozpaczy. Popękane, jak czułe serca po miłosnych zawodach, niepotrzebne nikomu, jak skorupki rozbitych jaj, czekają na tego obłąkańca, który je kupi.

- „Habent sua fata” filiżanki - jak rzekła jedna służebna dziejowa, tłukąc ich pół tuzina.

Wśród tych porcelanowych rupieci stał nadęty, brzuchaty wazon z wąską długą szyją; wyglądał jak bankier wśród hołoty; jedno ucho miał utrącone, co miało świadczyć o starożytności jego pochodzenia i o srogich kolejach losu, który mu zadał męczarnie. Znikomy jednak był to niedostatek wobec malowanych i złoconych wspaniałości, strojących jego brzuch, który był ni mniej, ni więcej, tylko terenem bitwy, może pod Austerlitz, może pod Marengo. Cóż tedy znaczyło jedna oberwane ucho wobec Napoleona, tak przedziwnie wyobrażonego, że wyglądał jak gruby paralityk na białym koniu, dlatego jedynie niepodobnym do krowy, że nie miał zbyt rozwiniętych wymion i rogów, poza tym bowiem mógł uchodzić za każdego czworonoga. Wielki był kunszt artysty, który to stworzył. Cesarz był zresztą jedynie nieodzownym dodatkiem do całej panoramy wspaniałości, które kręgiem bitewnym otoczyły wazon; armaty, trupy, sztandary, grenadierzy, krew i dymy zaległy pole w potępieńczym splocie, tak jednak misternym, że czasem z grenadiera końska wyrastała noga albo też rumak w nierozumnym szaleństwie pysznił się głową grenadiera w potężnej bermycy. A Cesarz na to nic! Rękę wyciągnął, jakby zapytany komuś za nim stojącemu grzeczni wskazywał drogę, patrząc równocześnie w przestrzeń zezowatym spojrzeniem, jedno oko mając zielone, a drugie złote, jak gdyby cesarza Francuzów nie stać było na oba złote. Piękny ten obrazek tyle miał w sobie wdzięku i z taką oddany był precyzją, że dziwić się należało, w jaka sposób sędziwy Izraelita, który codziennie go oglądał, nie postradał zmysłów. Tęga musiała to być głowa i w wielkim zaprawna myśleniu, rozum potężny, którego ani nic zdumieć, ani z równowagi wyprowadzić nie mogło.

Skąd pochodziło to cudo, nikt tego nie wiedział, z tego przede wszystkim powodu, że nikomu na myśl nie przyszło, aby się zainteresować pochodzeniem tej porcelanowej wywłoki, pomalowanej przez osobistego wroga Napoleona, jakiegoś „brata z Ajaccio”. Tysiące łudzą przechodziło codziennie obok zezowatego władcy świata i nikt nawet na niego nie spojrzał. Można by z tego wysnuć wniosek, szary w kolorze jak śmiertelny popiół, symbol znikomości wszechrzeczy, że obojętność ludzka większa jest niż wielkość sama. Szelma człowiek będzie zachłannie pożerał wzrokiem byle naczynie, jeśli jest czymś smakowitym napełnione, a nie podaruje ani spojrzenia Wielkiemu Cesarzowi, wyobrażonemu na wazonie, napełnionym pustką brudną i zakurzoną.

Był jednak ktoś, dla którego śmieszne to naczynie stało się początkiem udręki. Przyjaciel mój Herakliusz (!) miał czyste serce, wzniosły umysł i mieszkał w okolicach ulicy Świętokrzyskiej. Wspaniałe te zalety ducha nie stoją wprawdzie w żadnym związku z miejscem zamieszkania. tak się jednak zdarzyło i nie należy na ten temat żadnych głębokich snuć rozważań. Ten tedy Herakliusz przechodząc razu jednego obok składu starożytności spojrzał w jego okno. Chciał iść dalej, ale nie mógł; coś go ołapiło za połę duszy i trzymało. Gdyby porównanie nie było śmiesznie anachroniczne, można by rzec, że czuł się jak dama, której nastąpiono na długi ogon sukni. Dama czuje się wtedy źle i on się czuł me lepiej. Poczuł na sobie urągliwy, złośliwy, zezowaty wzrok Cesarza. Ponieważ Herakliusz wiedział coś niecoś o Napoleonie, mało zaś jest prawdopodobne, aby Napoleon wiedział cośkolwiek o moim przyjacielu Herakliuszu, należy przeto jedynie przedziwnej sztuce malarskiej przypisać tę niemiłość spojrzenia Wielkiego Cesarza. Szczególnie to zielone, malachitowe jego oko pałało wyrazem urągliwym, drugie zaś, to złote, łypało z obrażającą obojętnością. Mój przyjaciel spojrzał pilnie i zadrżał. Włoch, spotkawszy się z takim spojrzeniem swego ziomka, i do tego Korsykanina (diabły wyspiarskie są złośliwsze), byłby się przed fatalnymi jego skutkami obronił znakomicie sposobem italskim, starym i wybornie przeciwko wszelkim urokom wypróbowanym: ułożeniem palców tak, aby mały i wskazujący sterczały z ręki jak zęby wideł. Ponieważ Herakliusz albo nie znał tej sztuki przeciw urokowi, albo też w podnieceniu zapomniał jej zażyć, patrzył z niechętnym zdumieniem, jak mu urąga ten głupi wazon z oberwanym uchem. Obejrzał go dokładnie i nagle, nie wiadomo dlaczego, poczuł do niego niemal że nienawiść. Można ją sobie wytłumaczyć jedynie koszmarną urodą porcelanowego grata; zapiekłe w ogniu malowanie na jego wzdętym brzuchu wabiło oczy tak namiętnie, że w człowieku uczciwym rodziła się dzika chęć rozbicia szyby, chwycenia tego paskudztwa za jedyne ocalałe ucho i ciśnięcia go o bruk, aby go w tysiąc siedem roztrzaskać czerepów. Mój przyjaciel przypomniał sobie w samą porę, że dość trudno byłoby wyjaśnić policji tak rozumne i szlachetne motywy rozbijania sklepów, nakazał tedy ciszę wzburzonemu sercu. I choć zielone oko Cesarza wyzywało go najwyraźniej, jakby krzyczało do niego zezem: „Spróbuj, jeśli masz odwagę!” - odwrócił się z niejakim trudem.

- Tchórzu! - krzyknął za nim Cesarz.

Rzeczy martwe są czasem tak złośliwe jak pawiany. Są takie krzesła, które szarpią ubrania cierniem drzazgi; pióra, które plamią zawsze biel papieru wielkimi kleksami, i spinki, które chowają się z idiotyczną złośliwością w najciemniejsze zakamarki; buty, które gniotą z beznamiętną cierpliwością; stoły, wiecznie pijane i chwiejące się; obrazy, które zawsze na złość będą wisiały krzywo; istnieją złośliwe piece; łajdackie drzwi, skrzypiące jak jędze smażone na ruszcie; głupie szafy, robiące sobie z tego zabawę, że ktoś się boi ich trzaskania; nawet marna zardzewiała szpilka krew z człowieka potrafi wytoczyć, małpa jedna. Rzadziej się zdarza, aby wazon miał w swoim brzuchu tyle zapiekłej złości, ile go miał ów „napoleoński”, ohydnie pomalowany oberwaniec. Jadowita zieleń z tego malowidła zatruła duszę onego dobrego Herakliusza. Była to metoda dawnych, wybornie w swym rzemiośle zaprawnych trucicieli, co arszenikiem poili tapety czy makaty i w ten wiotki, a nie pozbawiony delikatności sposób wyprawiali do lepszego świata ukochanych krewnych. Wazon pochodził wprawdzie z nowszych czasów, zbrodniczość jego jednak była tamtym równa, sędziwa i podstępna.

Mój przyjaciel, miał duszę zatrutą. Przez dzień cały i przez połowę nocy, zanim wreszcie zmrużył oczęta, widział przed sobą brzuchaty wazon, namalowaną bitwę, apokaliptyczne wałachy i dwoje oczu Napoleona: jadowite - zielone i stężałe w pogardzie - złote. Kiedy usnął, śniło mu się, że ohydny wazon, do ludzkich wyolbrzymiony rozmiarów, z trudem przeciska przez drzwi potworną nadętość brzucha; że wtłacza się do sypialni, pochyla się nad nim, a Cesarz, klnąc okropnie, odrywa od jego głowy ucho i przyczepia je do wazonu. Mój przyjaciel zawył przez sen i usiłował ukąsić w nogę cesarskiego rumaka, który zarżał donośnie obłąkanym głosem.

W ten śmieszny sposób rozpoczyna się historia głuchej nienawiści pomiędzy dobrym Herakliuszem i potwornym wazonem. Wazon miał tę nad człowiekiem przewagę, że był beznadziejnie głupi, a człowiek myślał i sączył w siebie jady. Wazon stał nieporuszenie, a rozdrażniony człowiek, nie umiejąc się cofnąć na szaniec pogardy i za wzgórze wzniosłości, szukał z bęcwałowatym naczyniem ciągłej awantury. Mój przyjaciel, sam sobie nie zdając sprawy z tego, co czyni, szedł nieodmiennie każdego ranka przed żydowski sklepik, stawał przed szybą i usiłował przeklęty wazon rozbić wściekłością spojrzenia. Zohydzał go we wzburzonej duszy, naigrawał się z jego ciężarnego Napoleonem brzucha, kpił z niego, dobierając słów długich, kleistych, zawiesistych, najczarniejszego koloru. Chciał się zemścić za jego obrażającą szpetotę i za to zielone, złote, lekceważące spojrzenie. Febra nim trzęsła, bo mu się zdawało najwyraźniej, ze Napoleon wskazuje wyciągniętą ręką nie wroga, lecz jego, stojącego za szybą, i że coś mówi o nim swojej gwardii, a te niedźwiedzie ryczą przeraźliwym śmiechem, stroją do niego obłąkane miny i mierżą do niego z karabinów. Kiedy ta prostacka zabawa zaczęła być nie do zniesienia, Herakliusz groził cesarzowi kułakiem, gwardii rzucał obelżywe słowo (po francusku!) i szybko uciekał, gnany burzą śmiechu, ścigany wyzwiskami, po których na dobrą sprawę całą trzeba by wykadzić ulicę. A nazajutrz znowu powracał z lekką obawą, że wprost z ulicy Świętokrzyskiej uda się do szpitala wariatów z krótkim żołnierskim raportem, że cesarz Napoleon Bonaparte zielonym swoim okiem ściga go nieprzytomnie.

- Ty morderco! - syknął tego dnia z nienawiścią w jego stronę.

- Tu matto! - krzyknął zduszonym głosem Cesarz.

Gwardia zatrzęsła się wielkim, brzuchatym, zataczającym się śmiechem. Herakliusz, ku niezmiernemu zdumieniu rozsądnych przechodniów, pokazał język niewinnej szybie i uciekł jak zając.

W nocy miał z sobą dłuższą rozmowę; wielką ilością wcale rozumnych argumentów starał się siebie przekonać, że zdrowy jego rozsądek znajduje się u progu bankructwa i że, jeśli tak dalej pójdzie, z pięciu klepek, obowiązujących przyzwoitego człowieka, zostanie mu do rozporządzenia tylko cztery, a przez szczelinę po tej piątej wycieknie z niego resztka rozumu. Co, do stu tysięcy starych, diabłów, obchodzi go idiotyczny wazon? Co mu się, do miliona starych garnków, przywidziało! Stoi sobie w oknie rupieć bez ucha i bez sensu - niechże stoi! Nie można rzec, aby Napoleon patrzył na niego miłym wzrokiem, ale tym samym wzrokiem patrzył też na każdego bęcwała, który stanął przed szybą sklepu. Nienawiść do tego wazonu jest głupim wymysłem. A jednak nie: czymże to bowiem wytłumaczyć, że przedtem uwielbiał Napoleona, a teraz chce wyć na widok jego wizerunku? Nienawidzi go, ale tylko tego, co ma jedno oko zielone, a drugie złote. Nie chce go widzieć. Gardzi nim. Przeklina go. Co poczuje w sercu na widok innego, tego jeszcze nie wie, ale w tej chwili przysięga, że nigdy nie przejdzie ulicą Świętokrzyską, chyba że go tamtędy będą wieźli na triumfalnym wozie, który pospolicie zowią karawanem. Zawziął się w tym przedsięwzięciu, skostniał, stężał, a serce tak w sobie skamienił, że kiedy swoim zwyczajem Bonaparte zjawił mu się tej nocy we śnie i najwyraźniej mu urągając wyłupił sobie zielone oko, wrzucił do szklanki z wodą i kazał mu to wypić, odrzekł mu ze śmiertelną powagą:

- Sire, mam dość tej zabawy, niegodnej Wielkiego Cesarza!

Cesarz zdumiał się, schował oko do kieszeni białej kamizelki, dosiadł szafy i zamyślony pędem odjechał.

Nazajutrz Herakliusz odetchnął. Coś go ciągnęło, coś go gnało na ulicę Starożytności. Serce w nim dygotało i rwało się jak ogar na polowanie; duszę musiał chwycić za włosy i w ten barbarzyńcy godny sposób zatrzymać w domu. Był chory, był na poły obłąkany, ale wytrwał. Pod. wieczór usiłował uśmiechnąć się. Ćwiczył się w tej zapomnianej sztuce czas niejaki, wykręcał gębę jak paralityk alboli jak człowiek, co się dławi, wreszcie jednak wytrysnęła z niego fontanna śmiechu, jak gejzer, kiedy z nagła oszaleje. Ryk wielki zatrząsł cichym domem; donośne rżenie napełniło przerażoną ciszę; zdumiała się noc i zdumieli się ludzie; noc stuknęła się wiotką ręką w czoło na znak, że wszystko rozumie, a ludzie, którzy nigdy niczego nie rozumieją, poczęli stukać, jak kto miał we zwyczaju, ten butem w podłogę, ów kijem w powałę, a inny byle czym w dudniącą śmiechem ścianę. Nie uczyniło to jednak najmniejszego wrażenia na radosnym człowieku, który pognębił zmorę i niezwyciężonego zwyciężył Cesarza.

Odrodzony, witał słońce poranne, jedyną we wszechświecie istotę niezłośliwą. Straszliwy wazon zamienił się we mgłę i zaledwie jego pękate widać było zarysy. Zaczem sczeznął w otchłani, która wszystko pożera, a w starych rupieciach nade wszystko się lubuje.

Dzwonek, który u drzwi dźwięcznie zaterkotał, rozradował Herakliusza: oto z pogodnym umysłem przywita przyjaciela czy też gościa i opowie mu o śmiesznym swoim, wczoraj dopiero minionym obłędzie. Nie był to jednak ani przyjaciel, ani gość, tylko brat Merkurego, w potocznej mowie zwany posłańcem, który przyniósł list i przedmiot jakiś, starannie owinięty w starą gazetę, hebrajskimi drukowaną literami, wskutek czego nie możemy nic powiedzieć o jej kierunku politycznym, i jej zasadach społecznych.

Gdybyśmy napisali dokładnie o tym wszystkim, co teraz nastąpiło, byłaby to blada i niezdarna kopia opisu trzęsienia ziemi. Każde słowo miałoby zapach krwi i obłąkane oczy furii. Zadrżałby czytelnik, a papier spłynąłby łzami, dlatego należy powiedzieć krótko, że Herakliusz otrzymał list, którego treść, wyłuskana jak ziarno ze skorupy orzecha, oznajmiała miłą niespodziankę: „…ponieważ widziałem parokrotnie, jak długo podziwiasz wazon z Napoleonem, chociaż pojąć nie mogę, co w nim ujrzałeś nadzwyczajnego, jest to bowiem stary grat bez wartości (wazon, nie Napoleon!) - posyłam ci owo naczynie z miłą nadzieją, że ci sprawię przyjemność…”

Mój przyjaciel, nieszczęsny Herakliusz, siedział podobien wyrzezanemu z drzewa bałwanowi, co oczyma bez wyrazu wpatruje się w czarną wieczność. Przed nim stał wazon, dumny i zwycięski. Cesarz utkwił zielone oko w biednym człowieku, a ręką wyciągniętą wskazywał go wiernej gwardii, jak gdyby chciał powiedzieć:

- Oto jest ten człowiek, którego rozniesiemy na bagnetach!

Gwardia patrzyła ponuro, a konie szczerzyły zęby.

Herakliusz poczuł trwogę. Nieczysta to była sprawa. Ohydne naczynie musiało mieć duszę złośliwą, jadowitą duszę, wstrętnie otyłą, jak jego brzuch; mieszkał w nim jakiś diabeł, zapomniany w Warszawie przez władcę tej piekielnej hałastry, Ernesta Teodora Amadeusza Hoffmanna. Z wazonem tym musiało tu wejść jakieś nieszczęście. Coś się stanie, jeśli to straszne naczynie będzie sterczało na stole, szpetne, jadowite, złością brzydkie. Należy je zniszczyć, rozbić na okruchy albo lepiej jeszcze zetrzeć w proch i rozsypać na cztery wiatry. Herakliusz spojrzał złym wzrokiem, zadrgał od wściekłości i wyciągnął drapieżne ręce. Nagle zakotłowało mu się w głowie. Wazon zaczął róść i olbrzymieć; konie rżały, grenadierzy wydali lwi ryk, a Napoleon wykrzykiwał coś chrapliwym głosem. Nieszczęsny człowiek cofał się w przerażeniu, potem objąwszy głowę rękami zaczął wołać głośno, aby przekrzyczeć tamtych:

- Zwariowałem!

Nikt nigdy treściwiej i dokładniej nie wyraził prawdziwego stanu swego ducha. Zdaje się, że ujęty tym Cesarz nakazał ciszę i kazał wazonowi do właściwych powrócić rozmiarów, co też znacznie umniejszyło doraźny obłęd niewinnego człowieka, którego ścigał głupi, lecz zbrodniczy wazon. Pozwoliło mu to na zwołanie rozpierzchłych myśli, jak myśliwiec zwołuje ogary, gdzieś daleko po lesie rozbiegane. Z okruchów i skorup świadomości (porównanie pochodzi z dziedziny ceramicznej ze względu na ów wazon nieszczęsny) udało mu się sklecić pomysł, aby się pozbyć potwora, natychmiast, bez najmniej zwłoki. Zmienił hebrajską gazetę na polską wprawdzie, lecz bardzo filosemicką, i drżącymi rękami uczynił z niej pokrowiec dla tej ohydy, po czym czym prędzej wyprawił ją w świat, korzystając z imienin jednej aktorki, która tyle już w sobie miała fałszu, że w żaden sposób nie mogła odkryć fałszywego pochodzenia tego „muzealnego” przedmiotu.

Byłoby zbrodnią nużenie czytelnika epicką szerokością opowieści, która przybrała kształt owego tajemniczego węża, co na dziwnych wizerunkach wyobrażony jest w ten sposób, że w krąg zwinięty, w zębach własny trzyma ogon, a nikt mu nie może wytłumaczyć, że pozycja ta nie ma wielkiego sensu. Historia ta w skrócie nagłym jak nieszczęście wygląda tak:

Herakliusz posłał wazon aktorce, aktorka posłała to paskudztwo swojej koleżance z lekką nadzieją, że ją krew zaleje, koleżanka ofiarowała go porucznikowi ciężkiej artylerii, porucznik ciężkiej artylerii dał go panience lekkich obyczajów, panienka posłała go znajomemu prezesowi towarzystwa zwalczania prostytucji, prezes dał go swojej żonie na srebrne wesele, żona dała mu za to w pysk i ofiarowała cudowny ten wazon na loterię dobroczynną na rzecz drugiego oddziału trzeciej sekcji Towarzystwa Św. Bonawentury. Ponieważ mój przyjaciel Herakliusz kupił z towarzyskiej jakiej rozpaczy dziesięć losów tej loterii, dnia 20 grudnia br. o godzinie 10 wieczorem wygrał wazon z zezowatym Napoleonem. Dnia 21 grudnia wazon został mu uroczyście przyniesiony do domu.

Mistyczny wąż zwinął się tak przedziwnie, że zębami złapał się za ogon.

Człowiek, mający odrobinę poczucia honoru, tyle razy wykpiony przez wazon bez ucha, strzeliłby sobie w łeb; człowiek, mający odrobinę poczucia humoru, uczciłby kwiatami powrót tego złośliwego draba. Herakliusz niczego nie uczynił, miał bowiem jedynie poczucie strachu: wazon nie chciał go opuścić. Wazon go prześladował. Łączyła ich wspólna nienawiść, niepojęta złość, ponury gniew. Patrzyli na siebie przez całe godziny; człowiek spoglądał spojrzeniem mściwym, rzecz patrzyła wzrokiem tępym, upartym, zabójczo nieruchomym. Herakliusz już jej nie chciał rozbijać w proch, lecz dziesięć razy mierzył do niej z rewolweru, jak gdyby stał przed nim wróg żywy, któremu można zadać ból przed śmiercią. Budził się wśród głuchej nocy, nasłuchując, czy to tępe bydlę nie zbliża się ku niemu, aby go zabić; kiedy powracał do domu, patrzył niespokojnie, czy z nagła oszalałe nie zniszczyło mu mieszkania. Nienawidził go tak, jak by nie potrafił nienawidzić człowieka, fen wazon ssał z niego zdrowie, oduczył go radości, nauczył strachu, potargał mu nerwy, a pozbyć go się nie mógł. Po co? Przecie znowu powróci. Musi powrócić…

Tępym wzrokiem przeglądał gazetę, aż dojrzał w niej słowo „wazon”. Przetarł oczy i czytał:

Poszukiwany wazon z odbitym jednym uchem. Z jednej strony Napoleon podczas bitwy, z drugiej - lira wśród kwiatów. Rzecz bez żadnej wartości, cenna dla poszukującego jako wzruszająca pamiątka rodzinna. Prosi się o wiadomość… itd.

Herakliusz podniósł się powoli i zbliżył do wazonu. Znał każdą na nim kreskę, każdy ślad, wdzięcznie zostawiony przez muchy, co uchodzić mogło wśród roju granatów za nie wystrzelony pocisk. Obejrzał go jednak ze śmiertelną powagą. Nie mogło być pomyłki; na całym świecie nie mogły istnieć aż dwa takie monstra, gdyż świat oszalałby albo w łeb strzeliłby sobie z najbliższego słońca. Wielkie westchnienie dobyło się z piersi mego przyjaciela, jak dudnienie z głębokiej wyschłej studni. Cudowna radość objęła go uściskiem, jak kochanka. Spojrzał Napoleonowi w oczy i rzekł dobitnie:

- Waterloo!

- Povero pazzo! - mruknął Napoleon, a ponieważ Herakliusz nie rozumiał po włosku, dodał:

- Sale bête!

Po wzruszającą pamiątkę rodzinną zgłosił się człowiek pełen sentymentów, bardzo jednak ukrytych w twarzy zarośniętej jak dżungla. Oczki miał sprytne, ruchy niespokojne, szaty w trzecim stadium rozkładu. Przed nim, jak obłok, płynęła woń spirytusu, co oznacza nieomylnie, że człowiek miał ciężkie zmartwienie. Równie doskonałym powodem tej dziwnej woni mogła być i radość z odzyskania skarbu ojców i dziadów. Oto przyczyny odmienne, a skutek ten sam. Jeden filozof twierdzi, że świat powstał z wody, a inny, że z ognia.

Herakliusz przywitał go jak brata. Przybysz płakał z wielkiego rozczulenia i opowiedział historię smętną, jak to niedawno z trudem wyrwał się z Rosji, gdzie był cesarskim szambelanem. Wazon, ukochany jego wazon, przywędrował przed nim, powierzony szczęśliwemu przyjacielowi, co już umarł. Teraz odnajduje pamiątkę i dlatego płacze. Obejrzał ją pilnie i uśmiechnął się. Ile Herakliusz żąda za tę mizerotę? Nic? To niemożliwe! Choćby pięć złotych, choćby dwa.

- Ja bym panu coś jeszcze dopłacił - rzekł Herakliusz.

- Nigdy! nigdy! - płakał zacny człowiek. - Skoro pan nie chce pieniędzy, to niech mnie pan da „rozpiskę”, że wazon do mnie należy i że pan pretensji żadnej nie ma.

Herakliusz porwał pióro i pisał. Każde słowo migotało jak brylant, każde śmiało się na głos. Przybysz przeczytał, otarł oczy i objął wazon miłośnie.

- Pan pozwoli?

- Na co mam pozwolić?

- Abym tu rozbił to draństwo…

Herakliusz spojrzał ze zdumieniem na człowieka, który pamiątkę rodzinną chciał rozbić, jak własne serce. Tamten jednak uśmiechnął się wesoło i grzmotnął wazonem o brzeg stołu. Po czym zaczął pilnie grzebać wśród skorup i z tych, które były dnem przeklętego wazonu, wydobył coś bardzo migotliwego.

- Co to? - szepnął mój przyjaciel Herakliusz.

- Brylant! - zaśmiał się gość. - Gipsem był zalany i ocalał. Przez długie lata ja jego szukał i „taki” znalazł! Biednemu człowiekowi przyda się…

Herakliusz spojrzał błędnym wzrokiem i zdało mu się, ze miły pijaczyna ma jedno oko zielone, a drugie - złote. Więc zbliżył się do ściany i zaczął o nią tłuc głową długo, długo, długo.



SemiPD-icon.svg Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 65 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top