Namiot poezji

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Zjazd koleżeński Namiot poezji • I • Felieton ze zbioru Kartki z kalendarza • written by Kornel Makuszyński Życie paryskie
Zjazd koleżeński Namiot poezji
I
Felieton ze zbioru Kartki z kalendarza
written by Kornel Makuszyński
Życie paryskie

Namiot poezji


Piękne, zawiesiste, szerokie, miękkie, wygodne, przytulne słowo… „Płaszcz pielgrzymi” — namiot i przenośny dom. Zwykły zjadacz chleba nie poświęci mu jednakże więcej uwagi niż butowi z lewej nogi lub dziurawej pończosze, natomiast malarz, rzeźbiarz lub pismak, zawiązujący rymom ogony, na widok tego słowa, sięgającego ziemi, zawsze przystanie i mile, nawet z rozczuleniem, na nie spojrzy, rzewnym uśmiechem je pozdrowi… Nie uczyni tego żaden młody, dostatnio odziany, a czcigodną pelerynę znający tylko ze słyszenia lub z obrazka, lecz stara gwardia, wysłużone bojowe konie i jaskiniowce, przedziwny mają dla niej sentyment.

Dawno temu, dawno — w „okresie burzy i naporu” — w tych zamierzchłych czasach, kiedy ludzie czytywali jeszcze książki i kupowali obrazy, kiedy wykrzykiwali gromko: „miej serce i patrzaj w serce!” — kiedy jeszcze Andrzej Włast nie władał światem, kiedy rym żył z rymem w parze jak gołębi para, a asonanse nie szczerzyły zuchwale zębów — wtedy ta peleryna była hieratycznym strojem. Twórca wszelkiego zawołania musiał mieć pelerynę, jak ksiądz sutannę lub jak żołnierz mundur. Długie włosy, kołnierzyk o barwie ornej ziemi i krawat przypominający rozwianą piracką banderę lub czarną chorągiew rycerzy Giovanniego delie bande nere — były jedynie dodatkami do peleryny. Poetyckie pisklę czy też malarzyna, co nie umiał jeszcze malować parkanu, czynił gwałtowne zabiegi, aby przede wszystkim zdobyć ten czarodziejski namiot poezji i innej sztuki. Zielony frak francuskiej Akademii w równej był cenie u starych dostojników, co peleryna u młodych burzliwców. Bez niej nie warto było żyć na tym skisłym świecie. Bez niej geniusz wyglądał kuso, nędznie i zgoła nikczemnie.

Przed trzydziestu kilku laty wydawało się nam, że niebo jest peleryną, co zwisa nad ziemią, a przez dziury w tym obleczeniu przeglądają nocą gwiazdy. Kraków był głównym siedliskiem peleryniarzy, jako miasto przez malarzów zapowietrzone; co drugi jego mieszkaniec miał „wzrok dziki, gębę plugawa”, zazwyczaj brodatą, a jeśli nie brodatą, to jako tako w okresie Wielkiej Nocy oskrobaną, a na ramionach pelerynę. Malarzów bowiem i wieszczów naśladowała tłumnie wszelka hołota, kibice od sztuki, wolontariusze i dyletanty. I w innych miastach wszystek „wielki świat” artystowy nosił peleryny ze szczytną dumą i niewysłowionym wdziękiem, z jakim pan kat nosi swoją opończę.

Posępny pojetes z namarszczonym czołem tak w niej wyglądał, jak gdyby był odzian w burzliwą chmurę, zwełnioną jak broda Jowisza w dzień powszedni. Raczył stąpać po struchlałej ziemi, a gdy wiatr rozwiał pelerynę, zdawało się, że się skrzydła za nim wloką. Ha! „Na wolę wiatrów puścił strusiej grzywy pióra…” — Nikczemny plebs, w watowanych płaszczach i fałszywych futrach z prawdziwych kotów, z szacunkiem ustępował z drogi potężnej pelerynie. Piszą w czytankach dla dzieci, że pewien profesor krakowskiej akademii, z kmiotków wadowickich ród wiodący, zwykł mówić, gdy mu cześć oddawano:

„Dziękuję ci, aksamicie, kłaniają się Wadowicie!”

Tak też chylono głowy przed peleryną, w której tkwiło jakieś ciało. Szanowne musiało być to ciało, skoro miało „przywilej peleryny”.

Któż się nią bowiem odziewał? Jan Kasprowicz włóczył ją za sobą jak burzę, Jerzy Żuławski swoją mógł wyniosłą nakryć górę i Przybyszewski, co z przybocznym diabłem pod rękę chodził, i J. A. Kisielewski, zanim w paryskiego zmienion dandysa, skoczną swoją figurkę peleryną okrywał — wszyscy, wszyscy…

Gdyby zamiast „but prawy powiesić w Sybilli” — zebrano w niej garderobę Młodej Polski, wisiałyby tam same cudaczne peleryny. A gdy znakomici mężowie z Warszawy odkryli Zakopane, od razu tym strojem się okryli. Byli to potężni głowacze pozytywistycznego wyznania, cokolwiek jednakże pana Fredrę odmieniwszy, co o „reumatyzmach łupiących” opowiada, można było rzec o nich, że ich „romantyzmy jakieś łupią”. Tatry ich rozmarzyły i rozmiękczyły niby strasznie twarde dusze. Dusza poczuwszy pelerynę pisała śliczne książki i ślicznie malowała obrazki. W kosmatej pelerynie tkwi bowiem jakaś mistyczna siła i jakieś diabelstwo. Lucyfer, jeśli w przebraniu zjawia się pośród ludzi, używa zapewne tego powłóczystego stroju, pod którym chowa sępie skrzydła.

Nikt nie dojrzy, co tkwi pod taką czarną płachtą. To zapewne było głównym powodem, dla którego Parnas polski (jest żydowska rodzina tego nazwiska, jasne jest jednak, że mówimy o greckiej górze) uczynił pelerynę urzędową swoją szatą. Można było zauważyć, że geniusze używają jej zawsze: i w świątek i w piątek, i w deszcz i w pogodę, i w zimie i w lecie, i niemal nigdy nie zdejmują jej z ramion.

A czemuż to. moi mili barankowie? Oto z tego prostego powodu, że okrywała ona sumiennie to, czego pokazać nie chciano światu. „Nie zaglądaj za parawan i w cudze pantofle!” — ale nie zaglądaj też Młodej Polsce pod pelerynę. Co cię to obchodzi?

Pan Dumas opowiada, że muszkieter Portos okryty był wspaniałym płaszczem, a szpadą chciał przeszyć robaczywe serce każdego zuchwalca, co by śmiał zajrzeć pod ten płaszcz, okrywający nędzę. Peleryna była takim płaszczem Portosa. Powiada Szekspir: „Piotrze, daj wachlarz tej damie, bo jej wachlarz piękniejszy jest od jej twarzy!”

Peleryna była takim wachlarzem szekspirowskiej donny. Rzeklibyśmy dzisiaj, że była „dymną zasłoną” — kosmatą chmurą, co okrywała swoistą, wcale oryginalną modę, malownicze, bezportkie (!) niedostatki… Zamiast o „doświadczeniu” zakrzyknąłby o niej Słowacki: „O peleryno, ty jesteś pancerzem!” — A zarówno namiotem, w którym wieszcz, na świat obrażony, ukrywał się jak bulgoczący gniewem Achilles.

Nie zdołam w krótkiej, acz tak uczonej rozprawie wyśpiewać pełnej chwały najcudowniejszego tego stroju. Kto go nie używał, nie pojmie, czym była peleryna dla naszej młodości „górnej i chmurnej”: więc przenośnym domem, ale i kołdrą, ale i poduszką, miękką, dobrą, przytulną. Toteż po nocnej udręce wyglądała wygnieciona, jak ten, co wychodzi z przesłuchania w skarbowym urzędzie, co jednak zuchwałej jej wspaniałości żadnej nie przyniosło ujmy. Przeciwnie! Czapeczki studenckiej używa się czasem rozmyślnie do czyszczenia butów, aby nabrała „patyny”. I nasza peleryna musiała mieć pozór znękanej, wysłużonej i zniszczonej, niby że jest taka stłamszona przez to jadowite życie, co w owych czasach najgorszej zażywało sławy:

„Psiakrew, to życie takie złe!”

Życie nie było wcale złe, tylko wieszcze mieli kiełbie we łbie, więc zgrzytali zębami i zawracali białkami oczów. W jednej operze tak śpiewają:

„Ja się nie lubię włóczyć w cieniu tych platan (!), bom ja szatan!”

A myśmy byli szatani, że aż ha! Dekadenci, opilce, zakały świata, opryszki, zbójeckie gęby. Do dzisiejszego dnia pozostało mi w oczach mordercze spojrzenie…

Zapewne dlatego spokojny świat, najedzony i dostatnio odziany, okazywał żywy niepokój na widok peleryny.

„Idzie Molski, za nim oda.”

Za nami szła peleryna, strój kalabryjskich bandytów. Powiewała na wichrze jak sztandar zagłady. Nie należy się przeto dziwić, że stróże porządku publicznego, których prosty lud nazywa policjantami, spoglądali na nią ze szczególną złośliwością. Zdawało się im, że każdy pod peleryną, jak Budrys „pod burką wielkiego coś chowa”. Istotnie, zdarzyło się pewnego razu, że dwa malarzowie napotkali na swej drodze kilka zatroskanych kaczek, same, sieroty, bez ojca i bez matki, więc się w naiwnej dobroci serca zaopiekowali nimi, aby im kto inny nie wyrządził krzywdy. Znudziło się bałwaniastym kaczkom pod ciemną peleryną i narobiły takiego wrzasku, jakby były dzikie, i zaczęły kwakać kłamliwie, że je malarze wiodą na pieczyste zatracenie. Stało się to u samych rogatek miasta, gdzie stał policjant, jak „tam na polu jawor stoi”. I zaraz pytania: a skąd te kaczki? a dlaczego kaczki? Małpa policjant za nic nie chciał wierzyć, że to modelki, i naraził zacnych artystów na grube i mocno krzykliwe nieprzyjemności, tak iż sobie przysięgli, że będą się zadawali tylko z „martwą naturą”. Ale odtąd zgoła zuchwale i w żywe oczy nie dowierzano czcigodnym pelerynom, co okrywały duchy wzniosłe i świetne.

Poza policjantami szczególną nienawiść okazywali pelerynie dozorcy domowi. Stróże wiedzieli jedno, że gdy się w pokoiku na poddaszu zagnieździ jedna choćby peleryna, niby straszliwie samotna, za dni kilka wpełznie chyłkiem do spokojnego domu cała ich czereda i tak się rozmnoży, jak Żydzi na folwarku następcy tronu w Faraonie. Peleryniarze byli diabolicznie podstępni i zbrodniczo chytrzy. Nikt nie mógł dojść nigdy, kiedy się taki wprowadził i kiedy się wyprowadził? We dnie mieszkał zazwyczaj jeden, na noc jednak zmieniało się poddasze w przytułek dobrego brata Alberta, co też był malarzem i też szara nosił pelerynę. Stróż domu tracił nieliczne zmysły od rozlicznych rozpaczy. Zamiast obola za otwarcie bramy podawano mu przyjaźnie rękę, nie chcąc niby marnym datkiem obrazić ludzkiej godności pana Michała.

Toteż raz jeden cerber przy Szpitalnej ulicy w Krakowie zawziął się, jucha, i na wszystkie skomlące zaklęcia głuchy, dopóty nie otwierał piekielnej bramy, dopóki mu się przez szparę nie wsunęło pieniążka. Aż tu jednego razu takeśmy otumanili jakiegoś zacnego ukraińskiego szlagona, że postanowił kupić obrazek naszego przyjaciela. Trzeba było kuć szlagona, póki gorący, więc choć noc już była mocno dojrzała, zawiedliśmy go na Szpitalną. Stróż — goryl kosmaty — nie chce wpuścić nawet za przyrzeczenie zapłaty, więc krzykiem, co będzie słyszany na sądzie ostatecznym, zbudziliśmy przyjaciela, przyjaciel owinął obrazek w pelerynę i spuścił z okna na długim stryczku. Szlachcic obejrzał obrazek przy latarni i dał dziesięć koron, które linową kolejką pojechały w górę w pelerynie. Nie należy dodawać, że nagle wzbogacony malarz zbiegł czym prędzej i oczarowawszy stróża widokiem pieniędzy, poszedł z nami, aby marnie przepuścić fortunę.

Epoka peleryny roiła się od zdarzeń hucznych i radosnych, których nie można by spisać nawet — na pelerynie. Dobrym ludziom włosy stanęłyby na głowie jak żyto, wtedy bowiem fantazja brała walny udział w naszych sprawach, chociaż jedną peleryną okrywało się w nocy czasem dwóch, a czasem trzech.

A chociaż sprzedawało się wszystko, co tylko można było sprzedać, nie pomnę, aby kto za mojego żywota sprzedał pelerynę. Bo i jakożby żył? Bez domu, bez kołdry, bez poduszki i bez stroju? „Straciłby twarz”, jak Chińczyk, i nie mógłby się ludziom pokazać na oczy. Toteż stała się rzecz sromotna, żeśmy zrzucili pelerynę jak wąż skórę. Wałęsa się po dobrze skrojonym świecie jeszcze kilku takich, co się jej nie wyrzekną aż do śmierci. A śmierć przyjdzie po nich nie w marnej zgrzebnej płachcie, lecz w tej malowniczej pelerynie…

O peleryno!

„Kochanko pierwszych dni!”

Dostojna, z wiatru utkana szato poezji, gronostajowy płaszczu radosnej i dumnej nędzy, wierna przyjaciółko dni upalnych i zimnych nocy, dziurawa delio, opończo dobrych rycerzów i chlamido pogodnych filozofów — bądźże mi pozdrowiona!