O sztuce rozmawiania

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

O sztuce rozmawiania • Opowiadanie • written by Kornel Makuszyński
O sztuce rozmawiania
Opowiadanie
written by Kornel Makuszyński
Info Simple bw.svg O sztuce rozmawiania: Information and licence SemiPD-icon.svg

Istnieją wprawdzie wyborne podręczniki, pisane przez nieskazitelnych gentlemanów, uczących, jak się należy zachowywać w wytwornym i eleganckim towarzystwie. W przeważnej części jednakże traktują one o sposobie siedzenia, jedzenia, tańca, oświadczyn miłosnych, o porze składania wizyt i o równie pożytecznych sprawach, nie tykają jednakże ducha i jego spraw. Z ksiąg tych wiadomo, że w eleganckim towarzystwie nie dłubie się w nosie, zachowując czynność tę przyjemną i pożyteczną na chwile absolutnej samotności, że się nie ryzykuje wesołych skądinąd dowcipów, polegających na tym, że się kładzie dłoń na krześle, na którym ma usiąść dama, aby ją przyjemnie zaskoczyć niespodzianką; że się nie jada ryby nożem, a w zębach nie dłubie się paznokciem; że idąc na wizytę należy „wedle możności” wdziać czystą bieliznę; że należy uklęknąć, oświadczając dziewicy wierną miłość, miłość w żakiecie, w białych rękawiczkach i z bukietem w ręku, i z mamą, podsłuchującą za drzwiami, aby rozkochanego draba przyłapać w sam czas i przypieczętować go rzewnym błogosławieństwem. Zaprawdę, piękne to były czasy, pełne prawdziwej dystynkcji i wzruszeń czystych, wytworne czasy, kiedy długa suknia, gorset najeżony fiszbinami, klamry i haftki, wstążeczki, supełki i inne różne groźne rzeczy o nazwach już zapomnianych tworzyły fortecę cnoty, jeśli nie zupełnie, to przynajmniej w ten sposób, że trudne do ominięcia, dawały czas do namysłu, zanim zgubiona osoba wypowiedziała owo sakramentalne i retoryczne pytanie: „Co pan sobie o mnie pomyśli?” (Albo: „Ach, jak pan mną musi pogardzać!” - albo: „Ja panu nigdy nie spojrzę w oczy!” - albo: „Bierz ciało, ale zachowaj moją duszę!”)

Chociaż w owych pięknych książkach nie ma o tym ścisłego i dokładnie opracowanego traktatu, jednakże w owych fiszbinami grożących czasach równie pięknie mówiono, używając zdań okrągłych, miękkich, pełnych słodyczy słów, określeń kwiecistych i nadobnych. Powie cynik niejeden, że tak być musiało, bo zawiłość i nadmiar szczegółów garderoby wymagały dłuższej gadaniny i nadobnego łgarstwa, kto zaś nie był wymowny, ten niby wpadał w nieprzytomny szał, a kobieta płakała jednym okiem. Jakkolwiek tam z tym było, nikt nie zaprzeczy, że służąc ciału, nie zaniedbywano ducha; namiętność przychodziła zawsze z bukietem kwiatów i z bukietem wonnych słów. Łatwo nie przychodziło nic, bo nawet o niewinny pocałunek trzeba było błagać poematem, antyfoną, zaklęciem. O niewinny pocałunek! Cóż dopiero o…

Ale co tam o tym gadać? Ładnie było i tyle… A dziś? Dziś ludzie jak te wróbelki… Cnota jest tania, i to z dwóch powodów: z powodu stroju, nazbyt lekkiego i bez żadnych zatrzasków, i z powodu zaniedbania sztuki rozmawiania, dzisiaj bowiem jedno drugiego nie zapyta nawet: „przepraszam, ale z kim miałe(a)m przyjemność?”

Czy to ładnie?

Sztuka rozmowy jest śpiewem słowika, strojem bażanta, przepychem róży. Trzeba umieć mówić i umieć słuchać, aby pustkowie życia zmienić w rozkoszny ogród. Nawet głupiutki ptaszek ślicznie śpiewa i cudownie gada w swoim języku, zanim namówi samiczkę, aby się zdecydowała znieść jajko. Ponieważ człowiekowi mniej więcej idzie o to samo, powinien wić poemat przy każdej sposobności, a jeśli jest idealistą, to należy, aby mówić umiał jeszcze piękniej.

My oczywiście jesteśmy idealistami i traktując sprawę platonicznie, martwimy się, że w rozgwarze tłamszącego się życia, w zgiełku i wrzasku zginęła sztuka pisania listów i sztuka pięknej rozmowy; już nigdy nie będzie panny de Lespinasse, cudowne listy piszącej kochanki Boya. Sztuka pisania listów zeszła u nas do straszliwych skrótów, bez wdzięku i talentu, co można stwierdzić na ławkach w Alejach, gdzie atramentowym ołówkiem pisze się tysiące listów w tym stylu: „Panno Józiu, będzie co z tego, czy nie będzie?” - „I owszem!” - brzmi odpowiedź. Albo: „Nakarmiłaś mnie czarnym smutkiem, niegodna!” A odpowiedź powiada: „Złam pan pysk!”.

W wyższych sferach piszą wprawdzie wyższym stylem, ale również mało ozdobnym i bez tego czarodziejstwa wdzięku, który z takiej smutnej historii jak miłość czyni rzecz pożądaną i piękną. Jak zaś piszą, tak i mówią. Nie mogę, niestety, podać próbki dialogu z ławki w Alejach, bo kiedy mu się chciałem dla studiów przysłuchać, omal że nie zostałem pobity, gdyż z powodu wybitnej i wszędzie uwagę zwracającej piękności mego oblicza wydałem się zbyt groźnym rywalem wachmistrzowi szwoleżerów. Wiele natomiast słyszałem dyskursów salonowych na najrozmaitsze tematy i spostrzegłem ze smutkiem, że ludzie nie umieją już bawić się rozmową, ze mają z jałowiały dowcip i koncept od siedmiu boleści. Najdotkliwiej ucierpiały rozmowy miłosne, dlatego chyba, że ludzie są przekonani, że i głuchoniemi jednak też mają dzieci i że na dobrą sprawę w tej materii można się porozumieć nawet z Japończykiem. Jest to pogląd błędny i rozpaczliwie smutny, gdyż cokolwiek, gdziekolwiek i o czymkolwiek się rozmawia, zawsze okrężnym, dalekim lotem słowa zmierza się do jądra wszechmocy, do miłości. Młodzieniec, rozmawiający z panienką nawet o maszynie, zawsze podświadomie uważa siebie za koło rozpędowe, a ją za warsztat. Każda przeto rozmowa na najbardziej odległe i najbardziej dziwaczne tematy jest grą miłosną, w której paw roztacza swój ogon, on błyska ostrzem szpady swojego dowcipu, pyszni się i olśniewa, a ona figlarnie kryje się w gąszczu kwiatów i woła: „a kuku!”, rozmawiając o matematyce albo o hodowli jedwabników. Rozmowa taka, pełna reweransów i półuśmiechów, powagi i ironii, jest śliczną igraszką wytwornych ludzi, zanim sobie powiedzą, co trzeba, bo tylko dzikie buszmany pocierają nosem o nos i zaraz z tego jest czarne dziecko.

Sztuka rozmawiania jest tak zaniedbana, że należy naukę jej zaczynać od abecadła; powinni się w niej ćwiczyć mąż i żona (pod warunkiem, że przedtem każą sobie ręce przywiązać do krzeseł), narzeczeni, rodzeństwo, wszyscy. Należy obrać sobie temat i omawiać go wdzięcznie na wszystkie sposoby. Dlaczegóż bowiem mąż z żoną czynią sobie piekło na ziemi? Bo nie umieją rozmawiać. Dlaczego młodzi, ludzie rozchodzą się w dwa tygodnie po ślubie? Bo nie mają tematu do wytwornej rozmowy, a najlepsza potrawa bez soli diabła jest warta. Zrobią swoje i co? I idą się rozwieść, bo mąż mało zajmujący wart jest równo tyle co nudna żona. Czemu adwokat jest znakomitym mężem wbrew wszystkim oszczerstwom? Bo umie być rozmownym i wymownym. Radion sam pierze, a taki potrafi to jeszcze lepiej, bo z białego zrobi czarne dowcipnie i z należytą ironią.

Sztuka pięknej rozmowy polega na wdzięku, wdzięk się rodzi z dowcipu^ dowcip z inteligencji, inteligencja ze wzniosłości, wzniosłość z miłości wszystkiego, co żywe. Przy tym wszystkim należy zawsze pamiętać o dwóch wybornych maksymach Rochefoucaulda, z których jedna mówi, że „ufność bardziej wzmaga rozmowę niż dowcip”, a druga, że „nie ma bardziej dokuczliwych głupców niż sprytni głupcy”. Sądząc z tego, dość trudno jest być mądrze i zajmująco rozmownym, byłoby to więc zbyt wygórowane żądanie, aby bliźni był- fontanną rozpryskującą wykwintny dowcip i aby gadał sercem. a nie ozorem. O, tak wysoko nikt nie mierzył Człowiek taki zdobyłby karierę jako komediopisarz albo niebywały felietonista. Nasze pragnienia są mizerne i skromne. My pragniemy, aby ludzie w ogóle z sobą rozmawiali, najpierw jako tako, a potem dopiero ładnie i z ufnością, i dowcipnie. Teraz bowiem kiedy się zejdą, to patrzy jeden na drugiego, a drugi na trzeciego w milczącym oczekiwaniu kolacji, a w najlepszym razie panowie idą grać w bridge’a, a panie półgębkiem mówią o tym, czyby nie zagrać w pockera. Jeśli zaś wszyscy są zmuszeni do rozmowy, to się zaczyna narzekanie, nagminne i ponure, jakby w pokoju rozpylili arszenik albo nadmuchali jadowitego gazu. A jak kto czasem na ten temat zrobi dowcip, to się płakać chce, a dzieci co mniejsze dostają konwulsji. Gorzej jest, kiedy towarzystwo zaczyna rozprawiać o polityce; kiedy wąsaty Metternich o tym bredzi, to jeszcze jest z tym pół biedy, ale kiedy o polityce zaczyna kląskać kobieta, czyli dama, ponuro i straszliwie czyni się na jasnym bożym świecie, albowiem dama tak nieładnie pachnie polityką, jak mężczyzna cygarem.

W rozmowie towarzyskiej należy unikać zawodowych specjalności; istnieje ogólne mniemanie, że ze spotkanym przypadkowo literatem należy rozmawiać o literaturze. Toteż pytają piękne panie: „a co pan teraz pisze?” - „a jaki tytuł?” - „a czy to wszystko bierze z głowy, czy z życia?” - „co pan myśli o piszącej kobiecie?” Biedny literacina, który przyszedł tanio zjeść wieczerzę, wywraca gały oczu, wije się i przestępuje z nogi na nogę. Ma dość pisania, tytułów, nowel i powieści. Chce na chwilę jedną być prywatnym człowiekiem i odetchnąć w rozmowie o sprawach malutkich i pełnych wdzięku. To samo aktor, inżynier i adwokat. O swojej specjalności lubią mówić jedynie myśliwi, ale nie każdy przecie tak umie łgać, jak taki mąż strzelający.

Są dwie istoty we wszechświecie, które umieją zawsze, o każdej porze mówić o wszystkim: kobieta i dziennikarz. Jest to właściwie jedna istota, dwa bratanki, niedokrewni krewni; czasem to nawet dziennikarz się zawaha, a kobieta wali prosto z mostu; kobieta zawsze wie wcześniej i lepiej, bo słyszała z „najlepszego źródła”. Szkoda tylko, że najlepiej wszystko wie o swojej przyjaciółce. Kiedy kto w naiwnej rozmowie powie, że ziemia ma sto milionów lat wieku, kobieta powie, że ma przyjaciółkę, co jest o pół roku starsza od ziemi. A jeśli jest bardzo dowcipna, wtedy dodaje: „Może zresztą odrobinę przesadzam!”

Kobieta zresztą jest tak genialna, że potrafi przez dwie godziny rozmawiać o literaturze - z oficerem intendentury. Jak to oni robią, tego ja nie wiem, ale jednak to się zdarza. Może to tak wygląda:

- Czy Tagore wzrusza pana?

- Jak się zdarzy…

- Bo mnie bardzo wzrusza. Ma w sobie coś takiego…

Bez wątpienia!

Doskonale to pan określił. Wy, ludzie czynu, lubicie przez przeciwieństwo tę roztęsknioną słodycz…

- To zależy!

- Zapewne! Ale wolę to niż straszliwość Knuta Hamsuna…

- Oczywiście, knutem rządzić nie można.

- Świetnie! świetnie! Jest pan dowcipny jak Boy. Pan wie, czyj to pseudonim?

- Oczywiście, knutem rządzić nie można.

- Pan jest naprawdę niezrównany. Skąd u pana się bierze tyle dowcipu?

- Przepraszam panią, ale to wcale nie dowcip…

Z tego wszystkiego widać, że motorem towarzyskiej rozmowy była, jest i będzie zawsze kobieta. Ona jedna ma czas na, wszystko i odznacza się wybujałą zdolnością dociekania wszystkiego. Jest dowcipna, bo sama jest dowcipem Pana Boga, jest odważna, bo wszystko przed nią ustępuje, jest piękna, bo to umie zrobić. Jej się tedy zaleca, aby wskrzesiła cudowną sztukę rozmowy, aby ludzie nie siedzieli naprzeciwko siebie, jak rzezane w drzewie bałwany albo posągi Buddy, patrzącego z uwielbieniem i kontemplacją na własny brzuch. Jedną mam tylko prośbę: aby nie bawiła mnie nigdy rozmową, ja wolę ze sobą gadać sam.

Trzeba ukwiecić szarość żywota; życie stało się wprawdzie prostsze, mędrsze, szybsze i żyje bez zawracania głowy, tylko że tempo jest nieco zbyt pośpieszne. Tym trybem pozbędzie się niedługo wszystkich swoich dawnych wdzięków i zmieni się w surową maszynę, która wytwarza ludzi jak kiełbaski. Miłe kłamstwa i rozmaite śmieszne hece, piękne listy, piękne wiersze i dowcipne rozmowy mają ten sam sens, jaki ma wiosna, słowiki i kwiaty. Bo co to będzie dalej, jeśli dzisiaj niemowlę chwyta za pierś matki i usiłuje ją nastawić na Londyn, myśląc, że to jest aparat sześciolampowy? Ha!



SemiPD-icon.svg Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 65 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top