Radość wszelkiego stworzenia

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

One i my Radość wszelkiego stworzenia • VIII • Felieton ze zbioru Kartki z kalendarza • written by Kornel Makuszyński Straszliwa zemsta
One i my Radość wszelkiego stworzenia
VIII
Felieton ze zbioru Kartki z kalendarza
written by Kornel Makuszyński
Straszliwa zemsta

Radość wszelkiego stworzenia


Ale tylko w skocznej kolędzie. Cieszy się w niej w świątecznym czasie i „wróbelek z swoim synem”, i gołąb, i szpak tenorem śpiewający. Najradośniejsze są to święta, słusznie więc radość chodzi po skrzypiącym śniegu. Jest ci jednakże istota, która nawet w onej promienistej dobie nie zazna nigdy radości, nie ma bowiem na nią czasu. Wszyscy wszystko spychają na jej nieszczęsną głowę. Ona jedna ma pamiętać o wszystkim, aby się inni mogli radować. Ona tylko musi się zaprząc do pługa, aby inni mogli sobie odpocząć w cieniu choinki. — „Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś”. — Tak zawsze jakoś wypada, że ona nie śpi, czarny Murzyn, nieumęczony Murzyn.

Cóż to za istota? Nad kimże to tak się żali moje serce? Jest to zagadka dla bardzo małych dzieci; nieszczęsną istotą, co nie znajdzie podczas świąt ani jednej chwili spokoju, jest kobieta, pani domu.

Mógłbym na tym ponurym odkryciu zakończyć moje rzewne pisanie, a resztę wypełnić niezliczonymi westchnieniami kobiet. Zamiast kropki na końcu, mógłbym użyć łzy, co padnie z czułego oka. Nie chcę jednak pominąć sposobności, aby rodzajowi męskiemu nie przypiec sumienia i nie nakarmić go wstydem. Najchętniej wyłowiłbym w przepaści rozsierdzonego serca sporą wiązankę słów grubych i tak dosadnych, aby wszystkim nam, niedźwiedziom, w pięty poszło, ale pan cenzor nie pozwoli. Wiadomo, mężczyzna, członek męskiej mafii, taki sam ciemiężyciel, jak każdy. A słodkie kobiety ledwie dyszą. Wszyscy wyglądają świąt rozpromienionym spojrzeniem, a one z trwogą. Któż bowiem urządzi te święta? — One. Kto będzie skrobał rybę, tarł mak, łuszczył migdały, ubierał choinkę, piekł kołacze, namawiał idiotę indyka, aby skruszał? — One.

Kto będzie trudził skołataną głowę, aby na cztery dni starczyło spyży i aby ją utrzymać w stanie jadalnym? — One.

Kto będzie liczył z góry na dół i znowu z dołu do góry, aby starczyło na wszystko? — One, one!

Kto będzie pamiętał, aby dzieciska były schludnie odziane, umyte i szczęśliwe? — One.

Kto będzie łamał ręce, kiedy uprzejmi diabłowie przyniosą dwa tuziny gości, żarłocznych jak rekiny? — One.

Mógłbym tak wyliczać do białego rana, muszę jednak przerwać, bowiem serce by mi pękło. Lista gorzkich utrapień kobiety jest bodajże dłuższa niż lista składek dobroczynnych. „Ptaszki w górę podlatują”, a ona, nieszczęsna westalka dymiącego domowego ogniska, nawet tak drobnej musi sobie odmówić przyjemności. Tylko siąść i płakać do niecki z nieczułymi rybami.

Czy się kto kiedy zastanowił nad ową białogłowską dolą? Czy się kto kiedy użalił? Nikt za mojej pamięci. Dał jej Pan Bóg męża, niechże przeto żona umie ocenić to niebotyczne szczęście. Niechże i święta urządza. Wąsaty drągal sięgnął do kieszeni i myśli, że już uczynił wszystko, do czego był zobowiązany. Ha, ha! Żaden szatan nie potrafił zaśmiać się tak jadowicie, jak ja to czynię w tej chwili… Za pozwoleniem, smętna męska kreaturo! (Zdaje się, że grozi mi kilka pojedynków, ale wtedy ja zwołam bohaterskie kobiety z wałkami od ciasta i połowę rodzaju męskiego wyniesiemy na noszach). Za pozwoleniem! Zważmy uczciwie, co robi podczas świąt żona, a co robi mąż? O zacnej żonie wiemy wszystko; spełnia ona dwanaście prac Herkulesa i jeszcze siedemdziesiąt siedem innych. A teraz wypatroszmy pana męża, oczywiście, z abominacją.

Pan mąż przede wszystkim idzie „na rybkę”. Jest to odwieczna instytucja pijacka, męski uzurpowany przywilej, broniony z haniebnym uporem. Jest to wieloryb, a nie „rybka”. Siedem grzechów głównych i kilka pobocznych zebranych przy jednym stole. Niezmiennie powtarza się podczas tej uroczystości gruby dowcipas, że „rybka lubi pływać”. Toteż pływa, hejże ha! Dlatego niewinnym dziatkom tłumaczy się wieczorem, że tatusia „rozebrało’”. Przedtem kazano im mówić rzewnie: „Tato nie wraca…” Człowiek wracający z onej „rybki” przypomina sobie czasem, że w czarodziejski wieczór wigilijny zwierzęta gadają ludzkim językiem; dlatego to często ujrzeć można wąsate indywiduum czule przemawiające do dorożkarskiego konia, szlachetny rumak jednakże nigdy z takim nie wdaje się w rozmowę.

Nie to jednak jest najstraszliwszym pomysłem mężczyzny. W świątecznym czasie polska dusza przedziwnie czyni się rozlewna i pragnęłaby cały świat objąć ramionami i całować się z dubeltówki z całym światem. Przeto Polak wszystkich zaprasza na święta, a jest to najwięcej godne podziwu, że najbardziej zaczadziały i zamroczony gość o wszystkim zapomni, ale nigdy o tym, że został zaproszony; zabiera przeto liczną rodzinę, czasem i własnego gościa i wkracza tryumfalnie z łyżką za cholewą.

I co wtedy? Pani domu, sierota i biedactwo, nawet zemdleć nie może, bo nie ma czasu. Jest zdumiona, przerażona i pobita rozpaczą. Mąż nigdy nie powie, że zaprosił gości, mniemając naiwnie, że nie wezmą tego na serio i nie przyjdą. Wilk może by nie przyszedł, ale gość? Pani domu, mająca poza sobą kilka dni mordęgi, zaczyna czynić przedziwne sztuki, aby nakarmić rzeszę, i tłucze jakieś zamrożone mięso, zamiast utłuc męża, też go przedtem zamroziwszy. Ponieważ kucharka odbywa świąteczne wizyty, nieszczęsna żona… Nie mogę mówić, gdyż cierniste słowa więzną mi w gardle.

Oto jest czarny los żon rozlewnych Sarmatów, podczas świąt najczarniejszy. Jeśli się taki o co zatroska, to chyba o napoje, bo nie dowierza kobiecemu znawstwu. Sam je też wypija. Resztę spycha się na pękająca złotowłosą głowę. Wtedy to jest i „najdroższa”, i „jedyna”, i „ty moje największe szczęście”, i nawet „moja duszyczko”. Proste i bez fałszu serce wierzy tym wszystkim scukrzałym konfiturom. „Uwielbiam cię, moja duszko!” — rzekł raz żarłoczny pająk. Nie chcę siać waśni, radziłbym jednakże słodkim istotom, aby się pilnie przyjrzały tym płomienistym apostrofom. Mąż jest stworzeniem chytrym i podstępnym. Udaje, że jest okropnie przepracowany i że pragnie odpocząć podczas świąt. Kobiecie tego nie potrzeba. Przewrotny wąsal wmówił w nią, że go zgoła obłędnym podziwem napełnia jej mrówcza pracowitość, i wciąż pokrzykuje:

— Wy, kobiety, jesteście cudowne, jak wy wszystkiemu możecie podołać?

I niby cmoka z podziwem, drab przebiegły, a ona, sromotnie ocyganiona, wyłazi ze siódmej gładkiej skóry, aby jeszcze więcej zdumieć barbarzyńcę. Nie tylko, że upiecze rozmaite makagigi, nie tylko, że upitrasi sosy i bigosy, nie tylko wybłyszczy mieszkanie, posypane przez niego popiołem z papierosów i fajki, nie tylko oporządzi dzieci, nie tylko zbada pod światło każde jajko i każdej rybie zajrzy w skrzela, ale jeszcze temu baszybużukowi wyczyści benzyną zaplamione ubranie i wyprasuje krawat. Co, może nieprawda? Może ja nie wiem?

A co będzie po świętach?

To samo, co zawsze było i będzie. Mąż zacznie się sierdzić, że święta okropnie dużo kosztowały, więc niech żona znowu kręci głową, aby zawiązać ogon domowych rachunków, niech doprowadzi do porządku mieszkanie i niech wywabi z obrusów rozlewne plamy po czerwonym winie. Już nie „ptaszek”, już nie „duszyczka”, tylko: „Słuchaj no, Zosiu” — „A pamiętaj, Marysiu” — wedle doraźnej procedury dnia powszedniego.

O, gdybym ja tak został na miesiąc dyktatorem! („Ach. to marzenie, różany sen!…”) Wielkie nastąpiłyby zmiany. Wtedy i kobieta miałaby radosne święta i odetchnęłaby jak każde stworzenie. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie, tylko co krok — oszukaństwo. Wielkie to szczęście, że się znalazł duch wzniosły, taki jak ja, co się ujmie cudzej krzywdy i użali. Po mojej głowie lata jednak myśl uporczywa i taka mroczna, jak nietoperz. Wielcy reformatorowie często trafiali na posępne nieporozumienie i często karmiono ich niewdzięcznością. Coś mi mówi, że i mnie może spotkać los podobny. Kobiety mogą mi rzec głosem suchym, jak pieprz i jak bobkowe liście:

— Może pan ma i rację. Bardzo to nawet prawdopodobne, że pan ją ma… Lecz może nam jest z tym dobrze? Może to cała nasza radość, że możemy się zamęczać dla tych, których kochamy? Może kobiece szczęście mieści się w tych tysiącznych udrękach i może my chętnie płacimy ta udręka za uśmiech w drogich oczach? Więc niech pana o to głowa nie boli…

Tak, tak… Molier był mądrym człowiekiem. Kiedy w jego komedii mąż bił żonę, a w jej obronie stanął kiepski znawca ludzi, wtedy i mąż bijący, i pobita żona solidarnie pobili tego, co pchał palce między drzwi.

Jeśli tak — odchodzę. Życzę sobie wesołych świąt!