Sprawa o pocałunek

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Sprawa o pocałunek • Opowiadanie • written by Kornel Makuszyński
Sprawa o pocałunek
Opowiadanie
written by Kornel Makuszyński
Info Simple bw.svg Sprawa o pocałunek: Information and licence SemiPD-icon.svg

Pociąg ma ruszyć za chwilę, dlatego lokomotywa sapie z wielkiego gniewu w oczekiwaniu ciężkie] pracy. Odprowadzający patrzą ukradkiem na zegar, czas już bowiem największy, aby pociąg udał się w drogę; wszyscy wszystko już sobie powiedzieli i nudzą się wzajemnie, odprowadzający i odprowadzani.

W przedziale drugiej klasy zajęła miejsce tuż przy oknie nadobna panienka; jest samotna i pragnie być samotna. Złożyło się tak szczęśliwie, że omijano zajęty przez nią przedział, a ponieważ pociąg pręży się już od pierwszego największego wysiłku, mało jest prawdopodobieństwa, aby ktoś wszedł w ostatniej chwili. Panienka zerka przez okno: wszyscy pożegnali się już, nawet ci, którym ciężko było rozstać się; rozpoczęło się powiewanie chusteczkami, białym symbolem ciężkiej żałoby i nieotartych łez, przypominające niecierpliwe odpędzanie much i komarów; w ten sposób żegnają się krewni.

Pociąg stęknął i jak leniwa gąsienica zaczął posuwać się powoli.

Będę sama! - pomyślała panienka, oceniając astrze wielkie powaby samotności podczas podróży, wedle starej jak kolej żelazna zasady, że nie ma gorszego wroga niż towarzysz w przedziale.

- Pani pozwoli?

Panienka obejrzała się szybko. Do przedziału wkroczył młody człowiek, mocne zadyszany, z walizą w ręku; musiał wskoczyć do pociągu w ostatniej chwili, co się zdarza często Anglikom i młodym ludziom.

Panienka spojrzała na niego niechętnie, jak szczęśliwy spadkobierca na nowego pretendenta do spadku, i nie odrzekła ani słowa.

Młodzieniec mile uśmiechnięty uchylił kapelusza i zapytał wcale melodyjnym głosem:

- Czy te miejsca są wolne?

Zdaje się, że nigdy nie zdarzyło się jeszcze, aby ten, który zajął przedział, odpowiedział przybyszowi wprost: „Ależ tak, oczywiście!” - albo: „Bardzo proszę” - zazwyczaj odpowiada się mruknięciem albo monosylabą; ludzie niezwykle uprzejmi odpowiadają: „Myślę, że tak!”; Żyd mówi: „Może są wolne, a może zajęte, skąd mam wiedzieć?”

Panienka zajęła swoje miejsce, aby zaznaczyć niezbicie uczciwe do niego prawo, wreszcie rzekła sucho:

- Jak pan widzi…

- Dziękuję pani - odrzekł młodzieniec.

Cisnął walizkę, zdjął okrycie i kapelusz i zajął miejsce naprzeciwko panienki, patrzącej uporczywie w okno z dość wyraźnym zamiarem okazania natrętowi, że widok kozy, pasącej się w przydrożnym rowie, jest czasem stokroć milszy od widoku człowieka, który w ostatniej chwili wskakuje do pociągu.

Młody człowiek uśmiechał się bezustannie, rad widać z tego, że mu się jednak udało nie pozostać na stacji. Jest to radość dość zrozumiała, nie tak jednak głęboka, aby się nią dzielić z bliźnimi, co młodzieniec uczynił nieopatrznie, przystroiwszy wprzódy każde słowo przyjemnym uśmiechem, jak kwiatkiem:

- Omal się nie spóźniłem…

Ponieważ trudno było przypuścić, że z tą radosną przemową zwraca się do własnej walizki, przeto panienka, jako jedyna prócz niego istota w przedziale zdolna do zrozumienia ludzkiej mowy, osądziła słusznie, ze młodzieniec zwraca się wprost do niej. Z miną obrażonej królowej, do której śmiał przemówić - nie pytany - jej pokojowiec, spojrzała na niego spojrzeniem, na którym z braku lodu można by przechowywać masło lub ryby przez dwa co najmniej tygodnie. Człowiek wrażliwy, stateczny i rozumiejący wymowę spojrzeń byłby bez żadnych rozważań zamienił się w słup soli lub co najmniej zamilknął na sześć godzin. Lekkomyślny młodzieniec, wskakujący do pociągu podczas biegu, nie był - widać - zdolny do zrozumienia ostrego wyrzutu; jak tarczą osłonił twarz uśmiechem i rzekł wesoło:

- Zdaje mi się, że przeszkadzam pani…

Panienka zamieniła po raz drugi piękne oczy w dwie okruszyny lodu, ujrzawszy jednak rozpromienione niebieskie spojrzenie i uśmiech, błąkający się dokoła czerwonych ust, zimną swoją niechęć zamknęła w jednym tylko słowie:

- Bynajmniej…

- Dziękuję pani! - odrzekły jej wesoło oczy, usta i cały młodzieniec.

Pociąg wystukiwał rytmy po szynach, jak tępy z żelaznym łbem uczniak wystukuje heksametry. Panienka patrzyła w okna, w letni, żytni dzień, co po polach leniwo się wałęsał, młodzieniec patrzył na panienkę i najwyraźniej widział wiosnę, wcale bujną i rozkwieconą, chociaż w tej chwili pełną mroźnego podmuchu. Wreszcie panience znudziła się ojczysta panorama, przeniosła więc wzrok na przyrząd, oznajmiający, ze za pociągnięciem żelaznej rączki w lewo będzie ciepło, a za przesunięciem jej w prawo będzie zimno. Dowcipne to urządzenie nie było jednak aż tak bardzo dowcipne, aby mu się dziwować przez cały czas podróży, przeto, pojąwszy jego tajemnicę, panienka obejrzała wytworną walizkę młodzieńca, dla której też cieplejszego nie znalazła spojrzenia, jego płaszcz i kapelusz, które obdarowała ironiczną uwagą: „Pewnie nie zapłacone”, wreszcie poczęła pilnie oglądać końce swoich pantofelków, z nich dopiero po dłuższej chwili przeniosła ostrożne spojrzenie na buty płci męskiej. Ponieważ ze stanu i kształtu obuwia Sherlock Holmes jedynie umiał odgadnąć wiek, charakter i duszę właściciela, panienka patrzyła w czarną tajemnicę, związaną sznurowadłem, i nie odgadła nic więcej ponad to, że w butach tych tkwią nogi. Czuła natomiast, że w tym czasie młodzieniec obejrzał ją dokładnie i, przenosząc jej widok ponad widok mazowieckiej równiny, nie odejmuje od niej spojrzenia. Wedle rozsądnego jej rozumowania byłby głupi, gdyby tego nie czynił, jest jednak bezczelny, że to czyni. O tym pierwszym należy zamilczeć, o tym drugim jednakże należy mu powiedzieć spojrzeniem, pełnym zdumionej pogardy, W tym celu przeniosła wzrok z jego butów na jego twarz, aby po oznajmieniu oczyma tego, co miała zamiar oznajmić, powrócić znów do butów, jasno mu tym dając do poznania, że biegun północny jego osoby jest dla niej tak samo zajmujący, jak i południowy. Kiedy jednak spojrzała w jego oczy, dostrzegła taki zachwyt, usłyszała w jego wzroku taki okrzyk radości, że ją ogarnął niepokój. Szybko przeniosła wzrok na pola, chcąc z widoku macierzystej ziemi zaczerpnąć aa do obrony przed tą zachwyconą niebieskością spojrzenia. Przelatująca wrona, czarny kleks na słoneczności dnia, przypomniała jej, że należy patrzeć czarno na to, co jest zbyt niebieskie i zbyt uśmiechnięte. Tak rozumnie i w czas ostrzeżona, przelotnie, lecz już śmielej, musnęła spojrzeniem wytworną młodzieńczą postać, która poruszyła się niespokojnie, jakby szukając najbardziej kwietnych słów w ogrodzie swego zachwycenia.

Młodzian musiał je znaleźć, gdyż rzekł niezmiernie kwieciście:

- Czy pani daleko jedzie?

- Daleko… - odrzekła po namyśle, ale bez gniewu i trwogi.

- Och, to dalej jeszcze niż ja!

- A pan… pan dokąd?

- Na razie do raju.

Panienka wydęła usta, co w języku międzynarodowym oznacza, że jeśli to miał być dowcip, to wcale głupi, a jeśli komplement, to płaski jak pierś chłopczycy.

- Po cóż panu w takim razie walizka? - rzekła z politowaniem.

- Mam w niej anielskie skrzydła - zaśmiał się młodzieniec.

Miły chłopiec, przystojny chłopiec, ale bałwan - pomyślała panienka z odrobiną sympatii.

Sympatia musi wydzielać z siebie leciutką woń kwiatu, gdyż młodzieniec poczuł ją natychmiast, przeto pokazał białe zęby w szerokim uśmiechu.

- Pani pozwoli, że się przedstawię - rzekł powstając.

- Broń Boże! - zawołała panienka.

Młodzieniec ukrył czym prędzej zęby, szerzej natomiast otwarł oczy, co na scenie i w kinematografie oznacza zdziwienie nagłe i niespodziewane.

- Jest pan bardzo uprzejmy - dodała szybko panienka - ale niech mi pan nie mówi swojego nazwiska.

- Czy wolno wiedzieć, dlaczego?

- Bo ja wtedy powinnam panu powiedzieć swoje, a ja… a ja… tego nie uczynię.

Nazywa się Apolonia Rozporek - pomyślał młodzieniec, a głośno powiedział: - Bardzo słusznie. Czy jednak możemy rozmawiać incognito?

- Rozmawiać zawsze wolno…

- Znajomym byłoby łatwiej…

- Dlaczego? Pan nie wie nic o mnie, ja nie wiem nie o panu, a wzajemna wymiana nazwisk też by niewiele pomogła. Pociąg nie jest salonem, a za dwie godziny pożegnamy się uprzejmie.

- Bardzo to para. roztropnie wywiodła. Czy pani jest mężatką?

- Nie wiem…

- Czasem kobieta istotnie nie wie, czy ma męża, zdarza się jednak, że zdaje sobie z tego sprawę. Ja na ten przykład wiem, że nie mam żony. Czy pani nie ma przypadkiem obrączki?

- Proszę spojrzeć, nie mam.

- To niczego nie dowodzi. Ten symbol małżeński jest mało dowcipny, gdyż go można każdej chwili usunąć. Jacyś Murzyni są sprytniejsi i wybijają mężatkom w dniu wesela dwa przednie zęby.

- Dziękuję panu.

- Jest to oczywiście nieco zbyt jaskrawy sposób oznajmiania całej Afryce, że kobieta nie jest już wolna, można by jednak w jakiś sposób utrwalić znak małżeński.

- Na przykład?

- Na przykład przez tatuowanie; małżonkowie powinni mieć na palcach obrączkę wytatuowaną, aby jej nigdy zdjąć nie można.

- A w razie rozwodu?

- W razie rozwodu? Zaraz… co należałoby zrobić w razie rozwodu… Mam! Trzeba by odciąć palec.

- Pan jest bardzo wesoły - zaśmiała się panienka.

- Ze śmiechu pani poznaję, że pani jest panienką. Mężatka oburzyłaby się, rozwódka cisnęłaby walizką w moją głowę, rozwódka trzykrotna uciekłaby z krzykiem. Miło mi, że pani jest panną.

- Nie wiem, dlaczego jest panu miło…

- Bo pani jest śliczną panną!

Panienka ukryła się za rumieńcem, jak słońce za różowym obłokiem.

- Może pan swoje sądy zachowa dla siebie.

- Nie mogę! Nawet więcej pani powiem…

- Proszę przestać!

- Zaraz, tylko dokończę. Oto bardzo jest źle, że z pociągu nie można zatelegrafować do Ojca świętego mniej więcej tak: „Ojcze święty… W pociągu śliczna panienka. Stop. Chcę się żenić. Stop. Proszę dyspensę”. W Częstochowie byłaby już odpowiedź: „Ależ bardzo proszę!” Ślub odbyłby się w Szczakowej na stacji, bo tam pociąg długo stoi. Czy to nie byłoby piękne? Co pani na to?

- Niech pan telegrafuje do Ojca świętego, a ja zawołam konduktora.

- Na świadka?

- Nie. Poproszę go albo o inny przedział, albo o innego towarzysza podróży.

- Czy panią obraziłem?

- Zdaje mi się, że tak.

- Mój Boże, chciałem się przedstawić - nie chce pani. Chcę się żenić - nie chce pani, Czy wolno wiedzieć, czego pani pragnie?

- Aby pan przestał mówić.

- Już przed ślubem? Na to będzie dość czasu po ślubie.

- Czy pan kpi, czy o drogę pyta?

- Kpić nigdy nie śmiałbym, a o drogę w pociągu pyta tylko zupełny kretyn. Przepraszana, czy ja się pani podobam?

Panienka milczała.

- Więc się pani podobam!

- Ależ…

- Nawet bardzo.

- Jak pan śmie!

- Śmiem, bo mam czystość w sercu, a zajączki w głowie.

- Nie myślę przeczyć.

- I to już coś. Niewiele, ale coś. Lepiej, że pani poznała moje wady, aby rozczarowanie nie było zbyt przykre.

- Nic mnie nie obchodzą pańskie wady ani pańskie zalety.

- Mam tę jedną tylko, że uwielbiam panią od Milanówka, a ,za chwilę będzie Piotrków. W Piotrkowie uwielbienie moje dojdzie do punktu wrzenia. Wobec tego w Krakowie…

- W Krakowie nałożą panu kaftan bezpieczeństwa.

- Powinni to zrobić, ale pani wstawi się za mną.

- Ja?!

- Oczywiście! Któż inny? Będzie to okruszyna wdzięczności za moje gorące uwielbienie.

Panienka niecierpliwym ruchem wcisnęła się w kąt i przymknąwszy oczy udawała, że śpi.

- Czy pani już śpi?

Nie było odpowiedzi.

- To dobrze - rzekł młodzieniec ściszonym głosem - będziemy mogli spokojnie porozmawiać. Otóż, uważa pani, jestem uczciwym człowiekiem, szukającym wielkiej miłości. Nigdzie jej znaleźć nie mogłem, z tego zwyczajnego powodu, że miłości ani się nie szuka, ani jej nie można znaleźć. Miłość spada na biednego człowieka jak jastrząb, porywa serce w szpony i leci pod obłoki. Ja moją wielką miłość spotkałem najniespodziewaniej właśnie dzisiaj, o godzinie drugiej pięćdziesiąt w pociągu pośpiesznym Warszawa-Kraków. Może to moje wielkie nieszczęście, a może wielkie szczęście. Myślę raczej, że nieszczęście, gdyż moja wielka miłość śpi. „Ja cię kocham, a ty śpisz”. Czy można wyrazić większą boleść treściwiej niż w tym powiedzeniu? Gdyby moja wielka miłość była łaskawa i gdyby miała odrobinę serca, otwarłaby przynajmniej jedno oko albo uśmiechnęła się przynajmniej na większych stacjach. Hal Cóż robić? Wyczerpałem wszystkie pomysły i wyczerpałem całą moją wymowę, Pozostaje mi jedno tylko: wyskoczyć przez okno.

Młodzieniec otworzył gwałtownie okno i nie bacząc na wyraźny zakaz kolei zabraniający wychylania się podczas biegu pociągu, wytknął nieszczęsną głowę na świeże powietrze.

- Co pan robi? Czy pan oszalał! - krzyknęła panienka, chwytając go za poły przyodziewku.

- Nic nadzwyczajnego - odrzekł młodzieniec - szukam śmierci.

- Proszę natychmiast zamknąć okno!

- Czemu?

- Bo… bo… wieje…

- Istotnie, bardzo wieje - rzekł młodzieniec, podnosząc zakurzoną szybę. - Ale ja sobie znajdę inny rodzaj śmierci. Wyskakiwanie z pociągu jest cokolwiek niepewne, gdyż mógłbym jedynie złamać nogę, a serce cierpiałoby dalej.

- Niech pan zaprzestanie niemądrych żartów!

- Mądre żarty, są to ponure żarty. Ale ja pani przerwałem sen, za co bardzo przepraszam.

- Trudno spać, kiedy obok ktoś głośno bredzi.

- A mnie się zdawało, że mówiłem bardzo cicho. Może to moje serce tak płakało… Ale już nie będzie. Niech pani śpi spokojnie.

- Nie wyskoczy pan przez okno?

- Spróbuję nie wyskakiwać.

- Nie będzie pan gadał?

- Owszem, ale bez słów. Będę cierpiał w milczeniu.

- Niech pan cierpi, jak się panu podoba. Do widzenia!

- Jeszcze jedno!

- Słucham…

- Gdybym się pani przyśnił, niech się pani przez sen uśmiechnie?

Panienka spojrzała na niego takim spojrzeniem, które przypomina ostry nóż do zarzynania drobiu; ułożyła się w kącie jak kot, a twarz przesłoniła wiszącym obok płaszczykiem. Młodzieniec patrzył na to wszystko rozanielonym wzrokiem, dość mętnym, aby nie widzieć, że panienka spogląda na niego ukradkiem przez dziurkę od guzika swego okrycia i patrzyła w ten sposób bardzo, bardzo długo, coraz to więcej zawiedziona; młodzieniec złożył ręce jak do modlitwy i z trudem zatrzymywał oddech, aby jej nie zbudzić.

Taki przystojny i taki głupi! - szepnęło dziewczęce serce i usnęło razem ze swoją panią.

Kiedy otworzyła oczy, młodzieniec trwał jeszcze w tej samej nabożnej pozycji, głębokim westchnieniem dając znać, że cierpiał, wstrzymując oddech przez czas dłuższy.

- Gdzie jesteśmy? - spytała panienka.

- Ja wciąż w raju, a pani przed Krakowem.

- Cóż słychać w raju?

- Nic nadzwyczajnego, najpiękniejszy anioł spał.

- A pan?

- Modliłem się, leżąc na obłoku.

- Czas zlecieć z nieba. Czy pan wysiada w Krakowie?

- Chciałbym tam umrzeć, ale nie mogę. Natychmiast jadę dalej, jeśli jednak pani każe, zostanę w Krakowie.

- Niech pan jedzie dalej!

- Pani nie będzie żal?

- Nie wiem… Był pan bardzo miły.

- Och!

- Co się stało?

- Proszę pani! Uczyniłem to dla pani, że nie wyskoczyłem przez okno, nie oddychałem, kiedy pani spała, nie dowiedziałem się, kim pani jest, gdzie mieszka i co robi, zakochałem się w pani omalże śmiertelnie. Czy to wszystko prawda?

- Prawdą jest to tylko, że ja spałam.

- Za chwilę rozejdziemy się i zapewne nie spotkamy się nigdy.

- Z całą pewnością!

- Czy mi się za to nie należy nagroda?

- Pan oszalał!

- Prawie… Droga, śliczna pani! Już widać światła na stacji… Niech pani na wieczne pożegnanie… niech się pani… pozwoli pocałować!…

Młodzieniec szybkim ruchem zbliżył się do panienki i wyciągnął ramiona. Panienka krzyknęła boleśnie, jednym skokiem znalazła się przy oknie i chwyciła ręką za hamulec bezpieczeństwa.

- Jeśli pan zbliży się do mnie, zatrzymam pociąg!

Młodzieniec stał osłupiały i tępym wzrokiem patrzył na jej rumiane, groźne oburzenie. Panienka mówiła zdyszanym głosem:

- Napastuje pan bezbronną kobietę… Jest pan brutalem… Proszę wyjść!

Młodzieniec ciężko opadł na poduszki; już się nie uśmiechał i był bardzo, bardzo zbiedzony. Wstydził się.

Jeśli zawoła policję, ładnie będę wyglądał - pomyślał rzewnie.

Panienka chwyciła swój płaszczyk i walizkę i zmierzała ku wyjściu. Odwróciła się jeszcze we drzwiach i cisnęła w nieszczęsną głowę ostatni kamień:

- Bandyta!

Pociąg wlókł się ostatnim tchem i wreszcie przystanął.

Młodzieniec, srodze zadumany, począł powoli obierać swój ruchomy majątek. Miał niesmak w duszy, a gorycz w sercu: obraził niewinność. Czekał, aż wszyscy opuszczą pociąg, jak gdyby wstydził się pokazać ludziom.

W tej chwili wszedł do jego przedziału tragarz.

- Tu jest kartka do pana - rzekł.

- Do mnie? Niemożliwe…

- Jedna pani kazała oddać…

Młodzieniec rozwinął karteczkę, na której bardzo pośpiesznym pismem napisała drżąca ręka:

Mężczyzna, który nie ośmieli się pocałować kobiety, choć go ona wszystkimi sposobami do tego ośmiela, jest tchórzem. Szkoda, ze pan nie wyskoczył przez okno! Bałwan!

- Czy panu słabo? - zapytał troskliwie tragarz.

- Nie, przyjacielu - odrzekł młodzieniec - nie jest mi słabo, jest mi tylko głupio.



SemiPD-icon.svg Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 65 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top