Strach oczu

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Strach oczu • Opowiadanie • written by Kornel Makuszyński
Strach oczu
Opowiadanie
written by Kornel Makuszyński
Info Simple bw.svg Strach oczu: Information and licence SemiPD-icon.svg

Spotkaliśmy tę kobietę w jakiejś podłej salce koncertowej na bulwarze; oczy, lustrujące zbieraninę ludzką, musiały się zatrzymać na jej twarzy i musiały do niej wracać z niepokojem. Wszyscy patrzyli na tę twarz tak białą, jak najbielszy płatek papieru, i na te oczy, które nie znały innego wyrazu, jak przerażenie. Była to twarz anielskiej piękności. Kobieta nie była zbyt młoda, można było dostrzec wśród jej włosów smugi srebrne, jak nagłe słoneczne błyski na złocie. Kto ją ujrzał, wodził w tejże chwili niespokojnie oczyma naokół, badając, co mogło przerazić tę przecudną kobietę, i spotykał wzrok obecnych, równie zdziwiony jak jego. To był straszny koncert tego wieczora. Ta kobieta zaraziła wszystkich swoim nieludzkim przerażeniem oczu; widzieli ją wszyscy i wszyscy patrzyli ustawicznie na nią, jak by zamagnetyzowała całą salę. Nikt nie słuchał muzyki, nikt nie mógł słuchać. Czuliśmy to sami po sobie. Ile razy ktokolwiek z nas spojrzał na estradę, musiał w tej chwili się obejrzeć, aby widzieć te oczy przerażone.

Kobieta siedziała nieruchoma i cicha i słuchała muzyki chciwie, łaknąco; czasem jej twarz prześliczna drgnęła, a wtedy cudna kobieta przymykała powoli i jak by sennie powieki, bardzo znużone, ciężkie, jak by obciążone przepychem rzęs wspaniałych.

Patrzyliśmy w nią jak w zjawisko nieziemskie, ona nie spojrzała na nikogo; zdawało się, że nie widzi nikogo i że te dziwne oczy wszystką swoją władzę oddały na pastwę temu przerażonemu wyrazowi. Te oczy musiały być zawsze takie, gdyż ani na chwilę nie umiały spojrzeć inaczej.

Siedzący obok mnie przyjaciel mój, malarz, patrzył w nie od godziny, niespokojny i sam, zdaje się, przerażony; szeptem rozprawiał o czymś, sam ze sobą; wreszcie pochylił się ku mnie i zapytał:

- Co widzisz w tych oczach?

Nie odpowiadałem mu; chciałem spojrzeć w nie raz jeszcze; spojrzałem tedy tajemnie i patrzyłem długo, bardzo długo.

- Obłąkany strach… - rzekłem cichutko.

- Ja widzę śmierć… - odpowiedział mi zalęknionym szeptem - ta kobieta nie żyje…

Zwróciłem się ku niemu niespokojnie; był w najwyższym stopniu zdenerwowany, prawie że drżał całym ciałem; zaczął szeptać, czyniąc dłuższe, niespokojnym oddechem wypełnione pauzy, ile razy muzyka wzniosła się szumiącą głośnie falą.

- …Ona nie żyje, w tych oczach zamarło wszelakie życie… Umarła w chwili jakiegoś śmiertelnego zalęku… Kto ona jest? Kto ona jest?… Blada jest śmiertelnie… Patrz, z jakim ona wysiłkiem słucha… Mój Boże! Mój Boże!… Co ta kobieta przeszła, bo przecież z takimi oczyma człowiek się nie rodzi - z takimi umiera… Nie! takich przerażonych oczu nie ma nawet człowiek konający… Spójrz na nią!

Kobieta przechyliła w tył głowę i zdawało się, że to naprawdę jest człowiek umarły; jak człowiek znużony oparłszy się, poddaje się orzeźwiającemu wiatrowi, tak ona, jak by zmęczona śmiertelnie, czekała lecącej z estrady burzy dźwięków, chłonąc je całym swoim nieruchomym ciałem.

Przygięta cudnie, trwała w tej zastygłej marmurowej pozie; ktoś obok niej siedzący, jak by olśniony jej pięknością, usunął się nieco, jak by nie śmiał siedzieć zbyt blisko tego królewskiego piękna - patrzył tylko z nieśmiałym zachwytem.

Skończono koncert; kobieta podniosła się z krzesła i patrząc tymi dziwnie przerażonymi oczyma, szukała wyjścia. Nagle z tłumu wysunął się człowiek, któregośmy nie zauważyli, podszedł ku niej z ukłonem i podał jej rękę. Nawet nie spojrzała na niego.

Przyjaciel mój, malarz, przystanął zdumiony.

- Znam go! - szepnął mi cicho - to lekarz…

A więc kobieta była chora… Tak, przez te straszne oczy przeglądała choroba, bo przecież zdrowie się nie trwoży; musiała to być jednakże choroba dziwna.

Kobieta szła powoli, przed siebie tylko patrząc, wiedziona pod rękę przez lekarza; wiódł ją ostrożnie, podtrzymując na każdym stopniu schodów. Tłum rozstępował się szybko, jak by z szacunkiem i jak by litośnie, zdumiony równocześnie tą pięknością posągową i widokiem tej anielskiej twarzy, w którą ktoś Wprawił przez straszną pomyłkę oczy obłąkanego człowieka.

Szliśmy za nią; po co i dlaczego, nikt z nas nie wiedział; wiodła nas jakaś podniecona ciekawość, zresztą nie można się było łatwo oderwać od tego widoku; miałem wrażenie, że człowiek uciekający przed niebezpieczeństwem zatrzymałby się na jej widok, gdyby mu nagle stanęła przed jego oczyma.

Wyszli na bulwar; u bramy koncertowej sali czekał lokaj z okryciem, na bulwarze stał automobil. Lekarz szepnął coś szybko lokajowi, który się skłonił nisko; kobieta nie zwracała na to najmniejszej uwagi. Po chwili lokaj odjechał w automobilu, ona zaś, zawsze z lekarzem pod rękę, skierowała się w jedną z ulic bocznych. Była godzina dość późna, ulice paryskie dość puste. Stąpaliśmy za nimi w pewnej odległości, milcząc, gdyż każdy jeszcze widział te oczy zalęknione i szukał w myślach ich tajemnicy.

Oni szli również bez słowa, ona bezwolnie, nie patrząc na nic, przed siebie jedynie. Szli najwidoczniej w stronę montmartrowskiego wzgórza, mrugającego nad zalanym nocą bagnem Paryża wesoło ślepiami czerwonych latarń, wywieszonych nad drzwiami dziesiątków nigdy nie śpiących lokalów. Wiosna rozparła się na tym bulwarze szumnym i głośnym, radując się. W cieniu każdego drzewa całowały się pary, nie wiedząc o niczym; czasem spoza nagle otwartych drzwi wspaniałej szynkowni zdołało się wymknąć kilka dźwięków orkiestry i wpadłszy na bulwar, szalało przez chwilę.

Oni szli powoli pod górę, nie wypowiedziawszy dotąd ani słowa - my za nimi, wstydząc się szpiegującej ciekawości własnej. Lecz te oczy, te oczy… Zdawało mi się, że tej nocy usnąć bym nie potrafił…

Z każdą chwilą byliśmy coraz więcej zdumieni; nie wiedzieliśmy, kim jest ta kobieta - pewnie nieszczęśliwa chora, lecz po cóż w takim razie idą tutaj, na to wzgórze, które jest cmentarzem wprawdzie, ale tylko dla zdrowych trupów? Dokąd idą i po co? Zdumienie nasze było jeszcze większe, kiedyśmy spostrzegli, że ta dziwna para zmierza do jednego z najhałaśliwszych z montmartrowskich przybytków; u drzwi stał już widziany przez nas niedawno automobil i lokaj zgięty w ukłonie.

Tutaj?

Weszliśmy za nimi po chwili. Blada kobieta siedziała przy stoliku i patrzyła na rozigraną salę swymi przerażonymi oczyma; przy niej siedział jej towarzysz.

Światła zdawały się przygasać, tak obłąkanie wył wytworny tłum w tej sali od czasu do czasu, chcąc okazać swoją radość; na środku tańczyły, przeraźliwe wykonując ruchy, dwa zdyszane dziewczątka, ledwo rozkwitłe; orkiestra w haniebnie czerwonych frakach odchodziła od przytomności, zalewając się potopem swojej muzyki; pijacki wrzask rósł z każdą chwilą, coraz bardziej podniecony sam sobą.

Ona siedziała obojętna na wszystko, wiecznie blada i tak samo dziwnie patrząca; postawiono przed nimi butelkę szampańskiego wina, którego żadne z nich nie tknęło.

Nikt tu na nich nie zwracał uwagi; czasem tylko człowiek jakiś podniecony, starający się z trudem przedostać z jednego rogu sali w drugi, głośniej ryczący - przechodząc obok nich, przystawał na chwilę, zdumiony; potem, jak by czarne widmo ujrzał, otrząsał się i szedł dalej; czasem kokota, benzyną zalatująca, przyjrzała się ciekawie i szepnęła coś złośliwie do zasypiającego indywiduum, które resztką świadomości czuwało nad portfelem.

Patrzyliśmy na tę bladą kobietę już nie z litością, ale i rozczuleniem; widziałem jak po towarzyszu moim od czasu do czasu przebiegł dreszcz. Nie odrywał od niej wzroku. Rzekł wreszcie:

- Pijmy!

Piliśmy chciwie, jak by nas trawiła gorączka; żaden z nas nie widział nic, tylko ją jedną, to pyszne, śmiertelne widmo, zastygłe w nieludzkim przerażeniu.

- Ja wiem, po co ona tu przychodzi - szepnął mi malarz - ja wiem… Ona się boi nocy i siebie.

- Nocy i siebie?

- Tak… W jej oczach jest wieczysty strach, więc musi widzieć zawsze światło, aby się z mroku nie wyprzędło to, co ją trwoży… Musi widzieć ludzi i światło… Ta kobieta widziała śmierć i czuła na twarzy jej oddech… Albo jeszcze coś okropniejszego…

- Co jest okropniejsze nad śmierć? - spytałem cicho.

- Nad śmierć? - Wszystko! Ona się chyba śmierci nie boi; człowiek, który by się bał śmierci, a w oczach miał to przerażenie, które ona ma, zabiłby się dawno… Nie zniósłby tego lęku, mając furtkę otwartą… A ona się nie zabije, bo zdaje się, że już nie ma w sobie nic żywego.

W tej chwili miałem wrażenie, żeśmy stanęli nad trupem i mówimy o śmierci.

- Och! - wstrząsnął się malarz.

Piliśmy coraz więcej, nie wiem, z żalu nad tą bladą, cudną kobietą, czy też jakiś nieokreślony niepokój suszył nam wargi. Wrzawa oszołomiła nas do reszty; nie wiedział z nas żaden, co się dzieje poza ścianami; tam pewnie świt złoty spływał ze wzgórz lesistych ku Sekwanie i mącił jej żółte wody, płynące ku morzu i nadaremnie zwalniające biegu w obrębie straszliwego miasta, jak by jak najdłużej płynąć przez nie chciały; pewnie już usnęło święte wzgórze, zmęczone rozkoszą wiosenną, znużone piosenką i marzeniem, albo już zbudziwszy się z krótkiego snu, śpiewa najmilsza montmartrowska czereda, chór obłoconego złotem swym Paryża.

Oddech zaparłem w piersi…

Spotkałem jej dziwne oczy…

Po raz pierwszy obejrzała się po sali, zatrzymując się wzrokiem tu i ówdzie.

Spotkała oczy nasze i drgnęła tak samo, jak my. A myśmy, widząc wreszcie na wprost siebie te źrenice tajemne, wpiliśmy się w nie obłąkanym pragnieniem dobycia z nich tego, co w nich było. Uczułem zawrót głowy… Teraz dojrzę… Patrzy w moje oczy bez drgnienia…

Na Boga! Nie widzę jej ani jej twarzy śmiertelnie bladej: widzę tylko ogromne, przeogromne oczy, rozgorzałe strachem, zalęknione, jak by zmartwiałe w przerażeniu; zdaje mi się przez chwilę, że nie ma nic naokół, że jest ciemno i strasznie, a wszystką przestrzeń przede mną wypełniły te oczy… te oczy…

Wpiłem palce w ramię siedzącego przy mnie malarza i ściskałem je kurczowo… Czułem, że on drży na całym ciele… Ja się bałem…

- Te oczy… Te straszne oczy…

Zdawało mi się, że za ich szkliwem, które darłem wzrokiem ostrym jak nóż, mieszka strach… Jeśli zerwę tę powłokę szklistą, stanie się coś strasznego; ujrzę tajemnicę człowieka, który ją ukrył na samym dnie serca i łękiem się zdradza.

Czułem, że jeśli z tym samym strasznym wysiłkiem będę patrzył dłużej - omdleję… Patrzę jednak i mam wrażenie, że mi powieki mdleją, a oczy krew zalewa. Jeszcze chwilę, jeszcze chwilę!…

Boże żywy!

Błysnął purpurowy strumień krwi… Widmo… I strach… Śmiertelny strach…

Powieki z długimi rzęsami zapadły w tej chwili na jej przerażone oczy, jak zasłona, która scenę śmiertelną zakryła.

Po com ja patrzył w te oczy… po co?!

Może to był opar z wina, który się przed mymi uniósł oczyma - nie wiem; lecz to, co się z niego wyprzędło, było straszne i niepojęte. Może to była opowieść wygrana przez szum krwi w głowie rozgorączkowanej - nie wiem. Ja przysiąc mogę, żem to widział w jej oczach, których obym nie ujrzał po raz drugi w życiu… Te oczy były obłąkane… A oto jest ich opowieść:

Miała lat dwadzieścia i najpiękniejsze oczy w całym Paryżu; czytywała romanse i wiersze, poza tym kochała się w poecie. Był to człowiek młody i znał życie tylko z tej strony, z której świeci na nie słońce. Poeta całował jej przedziwne oczy długo, aż jednego dnia rzekł jej ojciec:

- Powiedz temu panu, że jeszcze przez dwa dni może oczekiwać ciebie na ulicy za węgłem domu. Jeśli go spotkam na trzeci dzień, obiję go jak psa.

Ojciec jej miał minę dyplomaty i wyszarzany tużurek, na którego klapie widniała zatłuszczona wstążeczka orderu. Zdaje się, że sprowadzał młodym bogatym ludziom dziewczęta i grywał oszukańczo w karty.

Kiedy jej to powiedział, wpadła w rozpacz; do oczu nabiegły jej łzy; oblewając nimi każde słowo, mówiła:

- Czy ojciec wie o nim?

Ojciec z miną dyplomaty zaśmiał się chytrze.

- Wiem, żeś była z ‘nim przedwczoraj, i wiem, że on tu był wczoraj. Wiem także, że go już więcej nie ujrzę, tak samo, jak i ty…

- Czemu?

- Bo mnie się to nie podoba. Czy wystarczy?

A jeśli nie wystarczy, przywiążę do łóżka jak dzikie zwierzę… Tego zaś chłystka ze schodów zrzucę. Dość… Jeśli mi zaczniesz mówić o tym, jak bardzo ty jego kochasz, a jak bardzo on ciebie, wtedy za siebie nie ręczę… Za dwa dni pójdziesz za mąż…

- Jezus, Maria!

Stary łotr nie wzruszył się bynajmniej.

- Za dwa dni przyjdzie tu młody człowiek, który cię kocha… Ręczę słowem uczciwości, że na śmierć jest w tobie zakochany, gdybym bowiem nie był przekonany o tym, nie oddawałbym mu dziecka.

I zaśmiał się.

Słuchała zalękniona nie śmiejąc odetchnąć. Krew jej szumiała w głowie, jak po uderzeniu. Uczyniła ruch jakiś rozpaczliwy.

- Dość! - krzyknął. - Jest bogaty i kocha cię. Rzecz jest załatwiona i umówiona… A jeśli masz do tego pana zza węgła domu jakie ostatnie zlecenia, mnie je powierz… Ja mu wytłumaczę, he! he! Zdaje się, że to dobry chłopak i rzecz zrozumie. Pewnie chce twojego szczęścia, więc sam cię będzie namawiał… Szczęście właśnie idzie do ciebie… Ja ci je wynalazłem… Za dwa dni pójdziesz za mąż… On cię widział i rozkochał się na śmierć… O czymś lepszym marzyć nie mogłem… Dość! Oknem nie wyskoczysz, ani się nie strujesz, to głupie… On ma zamek i ogromne dochody…

I oto niewiasta z przecudnymi oczyma wyszła za mąż. Nie widziała nic przez łzy; dojrzała tylko, że mąż jej ma twarz jastrzębią i drapieżną. Oczy jego były wieczyście zalane krwią; były to ślepia gnuśnego zwierza, który z trudem podnosi ciężkie powieki. Ten człowiek pił nadmiernie. Wlókł się powoli z łbem wtulonym w barki. Dotknął jej ogromnymi rękoma, zawieszając jakąś cenną kolię na jej białej szyi. Drgnęła, przerażona śmiertelnie. Mąż spojrzał na nią zdumiony, potem gwałtownie szarpnął kolię… Kamienie rozsypały się po podłodze.

- Oswoisz się! - rzekł i odszedł.

Płakała cicho całymi nocami, nie odważając się płakać głośno; bała się tego człowieka i leniwego spojrzenia jego załzawionych krwią oczu. Wpadała w omdlenie, kiedy ją pieścił, półpijany. Darł na niej suknie, szukając lubieżnie ciała. Padała mu wtedy w ramiona nieżywa; czuła na ciele dotknięcie jego strasznych, wilgotnych, zaślinionych warg i łkała tym cichym, ukrytym gdzieś wewnątrz łkaniem człowieka płaczącego przez sen.

Jednego dnia, kiedy się przywlókł i zaczął szukać jej ust, krzyknęła przeraźliwie i chciała uciec; wtedy on, zatoczywszy się, chwycił ją za włosy, targnął i siłą przyciągnął ku sobie, omdlałą.

- Zbyt drogo cię zapłaciłem - rzekł - nie uciekniesz!

Pilnowano jej ze wszystkich stron i czuwano nad każdym jej ruchem; nigdy nie była sama. Bała się własnych łez i własnych snów. I zaczęła konać powoli… Raz kiedy leżała bezsilna, usłyszała piosenkę pod oknami… Rzuciła się ku oknu jak oszalała, szybko zaczęła zdejmować pierścionki z palców i rzucać je grajkowi, który w okna jej patrzył. Za chwilę piosenka urwała się nagle. Ktoś obił grajka i odegnał. Potem ją wywieziono…

Powóz dudniąc wjechał pod sklepienie murowanej bramy. Z mroku wieczora wylazły kontury starego zamku, ciche i surowe. Miała wrażenie, że ją „skazaną” uwożą do więzienia.

On był przy niej, dziwnie rozmowny. Patrzył na nią ze straszliwą jakąś czułością, jak by zdumiony i uradowany jej pięknością. Śledził jej oczy, czekając, jakie wrażenie wywrze na niej nowa siedziba.

- Ten zamek jest twój!… - rzekł.

A ona czym prędzej przymknęła oczy.

Cisza, mieszkająca w wysokich sklepionych pokojach, podniosła się niechętnie ze snu, który jej zmącono, i poczołgała się w zakątki.

Kobieta z cudnymi oczyma patrzyła obojętnie na bogactwo komnat usłanych miękko i bogato. Nagle przebiegł po niej dreszcz radości. Olbrzymi, biały chart, śpiący na poduszkach, podniósł się ociężale, podszedł ku niej i łasić się począł, patrząc jej w oczy. Ujęła w drobne dłonie wysmukły psi łeb i przytuliła doń śliczną swą twarz. W tejże samej chwili on wszedł do pokoju, patrzył przez chwilę, a potem nagle przystąpił i z całej siły kopnął psa. Bolesny skowyt pobiegł echem przez pokoje.

- Czy ten pies milszy ode mnie? - rzekł.

Chciała mu w twarz plunąć i nie mogła; dreszcz nią tylko wstrząsnął. Spojrzała na tego człowieka z taką straszliwą pogardą, że się odwrócił powoli i ze złością.

Nie miała siły na nienawiść, zresztą ten człowiek nie był wart nienawiści.

Wytężyła wszystkie siły, aby żyć, nie żyjąc, nie widzieć niczego i niczego nie słyszeć.

- Kiedyś skonać muszę… - myślała.

Myślała gorączkowo o wszystkim, aby nie myśleć tylko o nim i o ojcu. Patrzyła w jego twarz i nie widziała jej, jak by jej oczy, wiecznie łzami zasnute, patrzyły przez opar i mgłę.

Kiedy z daleka usłyszała jego podniesiony głos, bladła w jednej chwili i tuliła się do byle czego, jak przerażone dziecko. W głowie czuła zamęt, na ustach spiekę. Ogarniała ją choroba lęku; chodziła jak by w wieczystej gorączce, snując się jak cudowna mara, jak jakiś duch królewny zaklętej, pokutującej w starym zamku.

Nie pragnęła niczego; zapomniała własnych pragnień i własnych tęsknot. Godziny mijały, a ona, siedząc w starym, rzeźbionym fotelu, wodziła oczyma za złotą smugą słonecznego błysku, który kaskadą złocistą wpadł przez romańskie okno i wędrował po ścianach, polerując stare, zardzewiałe tarcze i ostrząc groty włóczni rozwieszonych na murze.

Oddychała ciężko, jak by zmęczona tą powolną wędrówką za słonecznym błyskiem. Kiedy złocista żmija słoneczna poczynała barwie się krwią na znak odejścia w chwili zachodu, lęk ją przejmował. Bała się nocy jak śmierci. Pod wieczór zjawiał się - on. Wracał z lasu czy z pola, zły i milczący. Potem pił, Czasem chwytał go obłęd i wtedy w śmiertelnym przerażeniu czekała tej chwili, kiedy ją sobie przypomni i oślizgłymi rękoma pocznie szukać jej piersi…

Wszystka krew uciekła jej z twarzy w oczekiwaniu na tę chwilę śmiertelnej męki. Zaciskała zęby i odchodziła od zmysłów… A potem się modliła - o śmierć swoją albo jego.

Tępy ból szukał co dnia najczulszego miejsca w jej duszy, potem wpijał się w nie zadzierżystym ostrzem i szarpał powoli, długo, nieskończenie. Wypaliło się w niej wszystko jak w ognisku, które dogasa niesycone. Oto trup z cudną twarzą, kląć nawet nie umiejąc, bezsilny i bezwolny nie czekał już na nic, albowiem nic już przyjść nie mogło…

Jednego dnia on wyjechał; patrzył na nią długo i nieufnie, mrucząc coś sam do siebie; pożegnał ją opryskliwie i odjechał.

Było jej to obojętne, było jej wszystko jedno, a jednak poczuła ulgę nie w sercu, lecz - w powietrzu; zdawało się jej, że zamek cały, jak by skulony dotąd i przerażony, odetchnął głęboko i wolno. Po raz pierwszy podeszła do ogromnego okna i otworzyła je na oścież. Była już noc i księżyc, miejsce sobie czyniąc gwałtownie wśród chmur jak ktoś dostojny, co niecierpliwie przez tłum się przedziera, biegł szybko ku górze, jak by się bał opóźnić, wiedząc, że w czasie oznaczonym ma stanąć ponad wierzchami starych buków, co rosły gromadą pod murami zamku.

Patrzyła jak na dziwo na tę rzeszę wyniosłych drzew.

Szemrały leniwo i bez troski; nagle powiew jakiś wpadł między gałęzie, jak ktoś, kto straszną nowinę przynosi; uciszyły się stare drzewa, jak tłum nasłuchujący wieści. Powiew trzepotał się wśród liści, biegał niespokojnie w tę i ową stronę, jak by ostrzegał i groził, i płakał lękliwie, to znów jak by prosił gromadę olbrzymów, która potężne garby pni zaparła w ziemię, a konarami się splotła.

Zaszemrało w tejże chwili potężne morze gałęzi i zaszumiało nagle, krótko i donośnie.

- Wichr idzie! - świsnęły ostrym szmerem karły drzewne, przytulone do stalowych pni buków, i podały ostrzeżenie dalej, i dalej, tuląc się do siebie z lękiem.

A buki potężne zwarły się, zaiste, silniej i splotły się mocniej koronami, jak by czekając. Gdzieś z daleka szedł wichr, dudniąc jak tabun nieokiełznany, rwący z kopyta. Rozpędził się gdzieś na górskim stoku i biegł, wróg śmiertelny, na zagładę omszałych olbrzymów. Odbił się tumanem od ziemi, łapy przed siebie wyciągnął i walił, dyszący, zły i wściekły. A kiedy był już blisko, świsnął przeraźliwie, zahuczał diabelskim śmiechem i runął. Wsparły się drzewa i ugięły z bólem korony. A wichr tysiącem łap kosmatych za konary je chwycił i mocować się począł, chcąc pnie ruszyć z ziemi; połamał tysiące gałązek, strzepnął rozwścieklony tysiące liści i drgał złością, chcąc skręcić potężne ramię konaru. Wtem huk ogromny wstrząsnął się strasznie, zaszumiał i zaśpiewał grzmotem; przeraził się wichr i odpadł, jak zwierz marny, co się na lwa porwał. Jak pies skomlący, co ogon pod siebie schowawszy ucieka, tak wichr pohańbiony i bezsilny uciekał w pole, rwąc chwasty w bezsilnej wściekłości. Ryknęły za nim śmiechem buki olbrzymie i dysząc, i szemrząc radośnie, opowiadać sobie poczęły o bitwie, jak żołnierze zwycięscy, co obronili zamek.

W zamku była śmiertelna cisza. Czasem tylko gałąź pobliskiego drzewa uderzyła niespokojnie o szybę, czasem szmer jakiś się ozwał.

W tejże chwili niewiasta z cudnymi oczyma drgnęła i poczęła nasłuchiwać. Zdawało się jej, że mimo szumu wichru, hulającego w konarach drzew, słyszy nad sobą jakieś kroki. Wstrzymała oddech w piersi… Tak… Słyszy… Słyszy najwyraźniej, jak ktoś stąpa miarowo, ciężko i głucho.

Serce w niej zamarło. Wiedziała, że na górze jest jeszcze komnata, będąca częścią wieży zamkowej, lecz nie była tam nigdy.

Kroki słychać jak by w oddali, jednakże słychać wyraźnie. Ktoś stąpa bardzo powoli, jak by przemierzał komnatę wszerz i wzdłuż, nie śpiesząc się; odgłos raz się przybliża, raz oddala. Komnata musi być obszerna, bo ten ktoś, tak beznadziejnie chodzący, od czasu do czasu jest daleko od niej albo przystanął w wędrówce. Nie… Nie przystanął, tylko wraca z odległego kąta.

Pot jej wyszedł na czoło. Zaczęła myśleć bezładnie i szybko; służby tam nie ma, gdyż cała służba już śni w oddalonych pokojach. Nie jest to złodziej, rzecz prosta, bo ani się nie spieszy, ani się nie ukrywa.

Serce w niej nagle bić zaczęło… W jednej chwili odszedł ją wszelki strach; nie wiedziała dlaczego, lecz czuła że się zupełnie nie obawia. Była śmiertelnie blada, lecz spokojna… Powoli, nie spiesząc się, zapaliła świece i szeptem przywołała charta. Wiedziała, że z korytarza obok wiodą na górę schody; szła ku nim, wiodąc charta na obroży. Mrok się poderwał z kamiennych schodów i biegł coraz wyżej: niewiasta stąpała po nich. Nie czuła nic, tylko jakąś okropną, straszną ciekawość ujrzenia człowieka. Rozchyliła usta i patrzyła przed siebie z wysiłkiem. Chart, przed nią biegnący, zatrzymał się u szczytu schodów; kiedy tam doszła, napotkała drzwi, ciężkie, dębowe, rzeźbami zdobione drzwi. Przyłożyła ucho do drzwi nasłuchując…

Kroki umilkły…

Straszna cisza dzwoniła naokół przeciągłym, smętnym, cichym, nieskończonym jękiem. Chart węszył niespokojnie i drżał całym ciałem.

Ją nagle dreszcz przeszedł… Zebrała wszystkie siły i pchnęła drzwi…

Zamknięte… Klucz był w zamku, więc z trudem przekręciła klucz; podniosła wysoko kandelabr, oczy szeroko otwarła i weszła.

- Jezu! - krzyknęła cicho…

Naprzeciwko niej, w oddali stał człowiek.

Oparła się bezsilnie o odrzwia, na pół omdlała, i patrzyła przerażonym wzrokiem.

W tej komnacie nie było nikogo żywego, a jednak ktoś na nią patrzył…

W tej komnacie nie było żywego człowieka, a jednak słyszała kroki…

Chart się przytulił do jej nóg i skomlał przerażony.

Przecież tam stał człowiek!…

Czuła na sobie jakiś wzrok i nie mogła po raz drugi podnieść oczu. Dyszała ciężko i słyszała łomot swego przerażonego serca.

Nagle, jak by ktoś drugi w niej był i jak by ten ktoś za nią mówił, rzekła głośno:

- Kto tu!?!

Nikt nie odpowiedział.

Była jak w obłędzie; więc z obłędną odwagą podniosła wreszcie oczy i spotkała oczy - jego. Ktoś patrzył w nią natarczywie. Nie widziała nic, tylko oczy, patrzące jak by z bolesnym wysiłkiem.

- Kto… Kto tu??

Nikt nie odpowiedział.

Czuła, że ma mgłę na oczach, więc ją zaczęła przedzierać źrenicami, jak szponem; i kiedy spojrzała po raz trzeci, zrozumiała, że patrzy na nią - obraz. Przetarła oczy ręką i przybliżyła światło.

Tak, to był obraz.

W tejże chwili jednakże ogarnęło ją przerażenie. Jeśli to był obraz, w takim razie musi tu być gdzieś ukryty ten, który ją tu zwabił odgłosem swoich głuchych kroków. Rozejrzała się powoli. Nie ma nikogo. Z komnaty tej nie było innego wyjścia, prócz tych drzwi, którymi ona weszła, a te były zamknięte od zewnątrz. Okna były szczelnie zamknięte i widocznie dawno nie otwierane; ukryć się tu nie mógł nikt, gdyż nie było żadnego zagłębienia i żadnego wielkiego sprzętu. Nagie ściany świeciły pustką.

A jednak chart skomlił wciąż niespokojnie i węszył, jej zaś nie opuszczało przerażenie. Zapaliła świece stojące na marmurowym stole, potem zaczęła przeszukiwać wszystkie kąty. Chart biegał za nią wciąż niespokojny.

Było cicho i pusto.

- To było przywidzenie… - pomyślała i podniosła świece, aby ujrzeć obraz. Cofnęła się, blada jak trup… Te oczy… te oczy… Był to obraz olbrzymi, sięgający od podłogi niemal do sufitu, w stare, pożółkłe oprawiony ramy. Na obrazie był człowiek, który w nią patrzył uporczywie… Tak, to on patrzył… Oparty o marmurową kolumnę, młody, przedziwnej piękności człowiek, stał w pozie niedbałej; jedną ręką trzymał na smyczy prześlicznego białego charta, a drugą oparł na sadzonej rubinami głowni sztyletu, upiętego u pasa. Twarz miał bladą i rozchylone usta; rozgorzałe oczy, czarne jak karbunkuły, patrzyły z obrazu. Zaklęty w pozie tej przez mistrzowskiego malarza, stał cudny młodzieniec tak, jak by dopiero przed chwilą, zmęczony przytrzymywaniem wyrywającego się charta, przystanął pod marmurową kolumną. Stał i patrzył.

Niewiasta z cudnymi oczyma znieruchomiała na widok tego przedziwnego obrazu.

Zapomniała o wszystkim, patrząc na tę twarz bladą i rozumną, na usta zacięte dumnie. Usta jej poczęły się rozchylać w zachwyceniu; zdawało się jej, że ten malowany książę przechylił głowę, jak by łaskawie, jak by chciał dać znak niemy, że i on patrzy na nią z zachwytem.

Przysunęła stary, wypłowiały fotel naprzeciwko obrazu i zapadłszy weń, patrzyła; oczy jego, jak węgiel czarne i jak by żywe, trzymały, ją na uwięzi. A kiedy przymknęła oczy, zdawało się jej, że się on nad nią pochylił, opuściwszy stare płótno; podniecona, miała wrażenie, że jej włosy muska oddech gorący i przyśpieszony; więc w upojeniu, głowę w tył pochyliwszy, na twardą poręcz fotela, dysząca z pragnienia, podawała mu usta, aby ich dotknął.

Rozkosz nieludzka spłynęła w jej krew.

Westchnęła głęboko i szeptem cichutkim wzywała go:

- Książę!… mój książę!…

Chart jej warknął w tej chwili, skomląc żałośnie, tulił się do jej kolan.

Zbudzona z dziwnego snu, otwarła oczy i spojrzała na obraz; okrzyk zdumionego przestrachu, nieludzki okrzyk szczęśliwego zdumienia, urwany w połowie, pobiegł echem po zamczysku. Oczy przetarła rękoma. Oto zdawało się jej, nie! tonie było przywidzenie! - widziała najwyraźniej, jak cudny młodzieniec, chwyciwszy się jedną ręką złoconej ramy obrazu, jak ktoś, kto się za okno wychyla, wychylił się tułowiem z płótna ku niej i patrzył na nią, jak kochanek patrzący z miłością na kochankę śpiącą i dech wstrzymuje w trwodze, aby jej nie zbudził oddechem.

Krzyknęła i zjawisko znikło. Młodzieniec stał na obrazie z ręką opartą na głowni sztyletu sadzonej rubinami.

Świt począł malować sinym kolorem sadzone w ołowiu szyby, aby się w nich za chwilę mogło przeglądnąć słońce; dopalały się świece, trzepocąc się niespokojnie płomykami, przerażone wstawaniem dnia; dotkliwy chłód poranka przyłożył odmrożone swoje ręce na jej skroniach rozpalonych i gorejących. Podniosła się z trudem z fotelu, drżąc z zimna, nieprzytomna prawie. Słaniając się, podeszła do portretu i nie wiedząc sama, co czyni, wzniosła się na palcach i dotknęła ustami jego ust. W tej chwili myśl jej zmąciło szaleństwo: ten człowiek miał gorące usta. Obłąkane, szczęśliwe przerażenie padło na jej duszę, jak mglisty opar. Wpiła palce w pukle swoich włosów i rwała je, jak człowiek obłąkany; wpatrzona w straszliwy obraz, słaniając się i zataczając, ostatnim wysiłkiem uciekała z tej zaczarowanej komnaty; ani na chwilę nie mogła oderwać wzroku od jego oczu, które chyba siny świt malujący wszystko niewyraźnym konturem zabarwił śmiertelnym smutkiem, gdyż w tej chwili patrzył na nią oczyma, pełnymi tęsknoty i żalu, jak by pełnymi łez.

Przerażenie ujęło ją pod ręce i zawiodło w dolne pokoje. Upadła na łóżko wyczerpana, nieprzytomna i w gorączce. Zdawało się jej, że on stoi przy niej i dłonią zimną czoło jej gładzi i włosy znad czoła odgarnia; dreszcz nią wstrząsnął, z piersi wyrywał się cichy jęk bardzo chorego człowieka.

- Książę! - szeptała przez sen - mój książę!

Przez sen słyszała ponad głową kroki miarowe i głuche. Kiedy się obudziła, czuła, że oczy jej w głąb zapadły i że w nich wije się ból jak czerw. Ręce jej drżały niepokojem, w mózgu czuła zamęt, jak by ją po ciężkiej chorobie uśpiło powietrze.

Mąż wrócił po południu; oto po raz pierwszy czekała na niego niecierpliwie. Przyjechał zły i milczący; kiedy jednak ujrzał, że szuka jego wzroku, zaniepokoił się. Nie czyniła tego nigdy; rozmawiając z nim, błądziła wzrokiem mimo jego głowy, dziś zaś patrzyła mu w oczy natarczywie.

- Czego chcesz? - spytał wreszcie.

Rzekła cicho:

- Chciałam cię spytać…

- O co? Gdzie byłem? Czy mam kochankę?

Po twarzy jej przebiegł dreszcz; zacięła usta i zamilkła.

- Więc o co ci idzie?

- O nic… o nic…

Spojrzał na nią obelżywie i skinął znacząco ręką, lecz patrzył, co uczyni. Ona odeszła powoli, zamyślona. Usłyszał po chwili, jak cicho i ostrożnie skrada się po schodach do górnej komnaty, więc zaciekawiony poszedł za nią. Widział, jak stanęła przed drzwiami, ciężko dysząc, jak potem, oczy przymknąwszy, weszła. Jednym skokiem był pod drzwiami, gdzie nagle przystanął, usłyszawszy lekki okrzyk żony. Kopnął drzwi i wszedł. Ona stała oparta o stół, wpatrzona z nierozumną radością w portret.

- Czego tu chcesz? - krzyknął.

Wstrząsnęła się gwałtownie i nie spojrzała na niego.

- Czego tu chcesz? - powtórzył.

Patrzył zdumiony w jej rozradowane oczy, pojąć nie mogąc, co te łzawe, zgaszone oczy mogło ustroić radością. Przyjrzał się jej z uwagą, patrzył bardzo długo, potem, uśmiechnąwszy się chytrze, rzekł:

- Piękny, co?

A ona, jak by odpowiadała echu, jak by mówiła z kimś dobrym, któremu się zwierza, wyszeptała:

- Piękny, och, jak bardzo piękny…

W tej chwili on ukrył swój uśmiech chytry i wywołał na twarz uśmiech zły.

- Piękniejszy ode mnie w każdym razie… Ale to też i nie mój przodek, bo go kupiłem razem z murami… Piękny… Tak… Chłystek ze sztyletem, ha! ha! ha! Podoba ci się? Ale ponieważ to nie mój antenat, więc go mogę obrazić…

Twarz złożył do obleśnego uśmiechu, zarechotał nieprzyjemnym śmiechem i nie zważając na jej przerażenie, stanął przed obrazem, nogi szeroko rozkraczył i plunął w cudnie bladą, królewsko piękną twarz młodzieńca.

Chciała krzyknąć i głos jej zamarł na ustach; a mąż jej zbladł w tejże chwili okropnie i odskoczył, przerażony. Oboje ujrzeli to samo: cudny młodzieniec na portrecie pobladł jeszcze bardziej i nagle oczy czarne zapaliły mu się płomieniem; obraz wyraźnie drgnął na ścianie i przez długą jeszcze chwilę widać było, że ręka namalowanego młodzieńca, oparta na głowni sztyletu, drżała okropnym jakimś drżeniem.

Cisza jęknęła w tym momencie urwanym, nagłym jękiem. Nie śmieli odetchnąć. Mąż nie mógł poruszyć się z miejsca; wreszcie po długiej chwili usłyszała jego rzężenie:

- Co… co to było?

Potoczył wkoło zakrwawionymi oczyma i ujrzał ją, podobną do posągu, białą jak płótno, zastygłą w lęku.

Wtedy wrzasnął przeraźliwie:

- Chodź stąd! Natychmiast!

Chwycił ją za rękę i powlókł.

Lęk padł na niego. Po chwili siedział już na koniu i gnał po zoranym polu; nie wiedział, dokąd pędzi ani po co; uciekał od tego wzroku, który widział dzisiaj. Wrócił blady, z rozszerzonymi oczyma. Od progu już wołał służbę.

- Portret spalić! - krzyczał.

- Jaki portret?

- Ten tam na górze… Żywy!…

Służba spojrzała na niego ze zdumieniem.

- Spalić wszystko… Płótno i ramy, aby nie zostało śladu.

Zaczęto mu przedkładać, że jest późno, że nie można wzniecać ognia, że spalą obraz z brzaskiem dnia.

- Dobrze, dobrze - jąkał - byle spalić, byle spalić…

Szedł senny i znużony, lęk zabrał mu wszystkie siły. Wszedł do sypialni i stanął zdumiony.

- Gdzie jest pani? - spytał służby.

- Pani jest, zdaje się, na górze - odpowiedziano mu - w górnych oknach widać światło.

Musiał się oprzeć, aby nie upaść; silił się na spokój przed służbą.

- Czy dawno tam poszła?

- Przed godziną.

- Przed godziną… - powtarzał sennie - przed godziną…

- Czy pójść poprosić panią? - spytał służący.

- Odejdź! - krzyknął - ani się waż!

Pozostał sam, oparty o ścianę, i dyszał; chwiejnym krokiem podszedł ku oknu i pchnął je. Serce w nim tłukło się niespokojnie, coraz mocniej. Drżał na całym ciele, a twarz jego przybierała powoli wyraz zwierzęcego pyska; na czoło wystąpił mu kroplisty pot, w piersi świszczał oddech. Zaczął się posuwać powoli wzdłuż ściany, ściskając w ręku szpicrutę, z którą się jeszcze nie rozstał.

Szedł czujnie jak zwierz i bezgłośnie.

Zanim uczynił krok, próbował, czy posadzka nie skrzypnie. Krew mu zalewała oczy, więc ręką ściany dotykał, idąc. Wstąpił na kamienne schody i nie szedł po nich, lecz pełzał, czyniąc wrażenie hieny, skradającej się do ludzkiego legowiska; przystawał od czasu do czasu, nasłuchując. Wtedy oczy rozszerzał i rozchylał usta. I znów się czołgał jak wąż obleśny. Dotarł w ten sposób do drzwi i - drgnął. Usłyszał coś jak cichy jęk. Wstrząsnął się. To był jęk dziwny. To było westchnienie jakiejś nieziemskiej rozkoszy… Stał tak przez długą chwilę, półżywy, nie mogąc zrozumieć, co się odbywa. Wreszcie się odważył.

Czujnie i ostrożnie nacisnął drzwi; otworzył je bez szelestu, spojrzał i zamarł. Oparł się o ścianę i znieruchomiał na widok tego, co ujrzał.

Kilka bladych świec oświecało ogromną komnatę, lak by stały na straży tego, co się odbywało w mroku, który ją zaległ; działa się rzecz jakaś straszna. Oto na dywanie, u stóp obrazu leżała ona, na pół naga, cudnie piękna. Rozprzestrzeniła ramiona, przechyliła w tył głowę. Miała przymknięte oczy i rozchylone usta, spalone od żądzy; palce wpiła kurczowo w dywan, a całe jej ciało prężyło się straszliwym skurczem miłosnym, drżało w miłosnym obłędzie, oszalałe od rozkoszy, która je objęła płomieniem i paliła to ciało białe, jak płatek białej róży. Zdawało się, że każdy jej włos drga uniesieniem, że płonie pożądaniem radosnym. Z ust rozchylonych wydostawał się od chwili do chwili głęboki, cudny jęk rozkoszy, rozszalałej, pysznej i niepojętej. Objął ją pożar. Nie widziała i nie słyszała niczego, słysząc tylko radosny, huczny szum krwi, przelewającej się w niej strumieniem, i łomot serca.

To było jakieś wspaniałe szaleństwo, jakaś niepojęta orgia krwi, jakiś sabbat miłosny, cudny i straszny, oddanie się zupełne wśród męczącej rozkoszy, śpiewającej szumem krwi. Zdawało się, że nad jej pysznym ciałem uniósł się przedziwny opar rozkoszy, ognisty żar, śmiertelna mgła miłości.

To było misterium miłości na jego cześć - bladego księcia.

Niepojęte… Niepojęte…

On się wychylił z obrazu i palił ją oczyma i oczyma ją posiadał, oszalałą w dzikiej swojej, straszliwej rozkoszy. Rozchylił usta i żarł ją oczyma, rwał, zdało się, na poły płomieniem objęte ciało.

Chwila była okropna.

Mąż stał jak trup stężały, oparty o ścianę. Nagle, kiedy się z jej piersi dobył już nie jęk, lecz krzyk, rzucił się jednym skokiem ku niej i rzężąc, uderzył z całej siły szpicrutą w jej nagie, pyszne ciało. Krew trysnęła z czerwonej pręgi; zbudziła się z nieludzkim jękiem ze swego obłąkanego snu, aby ujrzeć przerażonymi oczyma scenę, na której widok mogą zbieleć włosy.

W tej chwili stała się rzecz, na której wspomnienie rozum się miesza.

Oto młodzieniec na portrecie błyskawicznym ruchem sięgnął po sztylet i z niepojętą szybkością utopił go w sercu tego człowieka. Stało się to tak szybko, jak szybko myśl biegnie przerażona.. Mąż rozłożył ręce, jęknął głucho i zwalił się siny na podłogę, aby już nie powstać. Z przebitego serca nie wypłynęła ani jedna kropelka krwi, na piersi nie znaleziono żadnej rany. A jednak ten człowiek skonał pod uderzeniem sztyletu!!

Niepojęte… Niepojęte…

Jej przerażenie zmąciło mózg; przerażenie zamarło w jej oczach i pozostało na zawsze. Najstraszliwszy lęk, o jakim tylko pomyśleć można. Ona widziała okropne morderstwo… To jest jej tajemnica w oczach ukryta…

Spojrzała na portret obłąkanym wzrokiem. Blady młodzieniec stał oparty o marmurową kolumnę; jedną ręką przytrzymywał pięknego charta, a drugą oparł na sadzonej rubinami głowni sztyletu…

- - - - - - - - - - - - - - - - -

Przyjacielu! nie oszalałem… To nie wino! Klnę się, że to wszystko widziałem w jej przerażonych oczach - w szynkowni na Montmartrze… Przecież ona nigdy już nie uśnie… Boi się nocy i siebie… Nie daj mi, Boże, spotkać te oczy po raz drugi… Widziałem od początku do końca Wszystko… Wszystko… I krwawą pręgę, i jego oczy czarne w jej oczy patrzące… Wyjdźmy! Na miłość boską, wyjdźmy!

- - - - - - - - - - - - - - - - -

Słońca! Słońca!



SemiPD-icon.svg Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 65 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top