Szkoła wariatów

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Cukrzyca Szkoła wariatów • VII • Felieton ze zbioru Kartki z kalendarza • written by Kornel Makuszyński Panny niewidzialne
Cukrzyca Szkoła wariatów
VII
Felieton ze zbioru Kartki z kalendarza
written by Kornel Makuszyński
Panny niewidzialne

Szkoła wariatów


I. KURS NIŻSZY

Przedtem, przed pisaniem takich awantur, jak te, w tej książeczce, chcąc wpaść w szał i w niejaką wściekliznę, odczytywałem sobie na głos polemiczne artykuły prasy stołecznej. Ponieważ jednak na czas pewien postanowiłem pisać o wszystkim, byle nie o kobiecie, bo to ją i mnie doprowadza do zdenerwowania — mam teraz w sercu pogodę, a w spojrzeniu uśmiech, w słowach zaś moich mam maniery nieomal chińskie.

Chińskie?

Och! coś mi ciężkiego upadło na głowę i załomotało w mózgu.

Po co ja wyrzekłem to straszliwe słowo?

Jest ono straszliwe od pewnego czasu: stosunki nasze z „państwem środka świata” nie są zbyt dawne; dostawaliśmy z Chin herbatę, ryż, porcelanę, żółte niebezpieczeństwo, warkocze, obcinane nieboszczykom na sztukowanie damskich fryzur, i niewiele więcej ponad to. Eksportowaliśmy do Chin jedynie Karola Frycza. Między dwoma dalekimi krajami panowała niezamącona niczym zgoda i uprzejme stosunki. Miłowałem z daleka porcelanowe Chiny.

Teraz Chiny straciły dla mnie „swoją twarz” i czuję dla tego tajemniczego kraju żywiołową niechęć, nieomal nienawiść. I choćby wiadomość o tym miała spaść na Chiny jak grom z jasnego nieba i pogrążyć je w żałobie, zdania mojego nie cofnę. Serce moje jest przepełnione żalem i goryczą, mózg mój jest opętany, życie straciło dla mnie urok, a wszystkiemu winni są Chińczycy. Jest to naród zły i chytry. Wszyscy myśleli, że kiedyś Chińczycy ruszą na nas ławą i zaleją nas, jak żółte wody, kiedyś, kiedyś, za pięćset lat, że będzie jakaś wojna, jakiś kataklizm, jakaś rozpacz, rozpętanie, wędrówka ludów.

Akuratnie! Chińczycy uśmiechnęli się w kułak. Wojna? Kataklizm? Po co? Jest to trudne i ciężkie, zresztą Europa, choć stara, bezzębna i zjełczała baba, gotowa się bronić. Wymyśliły tedy chytre Kitajce inny, genialnie podstępny sposób zaguby Europy, postanowiwszy przyprawić ją o obłęd, wściekliznę, o furię, o manię straszliwą. Ha! A potem Europa albo zginie w szpitalu dla obłąkanych, albo wpuści morze do wszystkich wulkanów i wyleci w powietrze, kończąc marny żywot straszliwym samobójstwem. Jest to plan piekielny, godny chińskich diabłów. Diabły te przysłały Europie coś, co się nazywa: Mah–jong.

Gdybym wiedział, jak się mówi po chińsku: o psiakrew! — krzyknąłbym z radością.

Już nie ma nic w Europie: jest tylko mah–jong. O nim się mówi, bredzi, czyta, pisze, śni, majaczy, plotkuje; on jest mężem niewiasty i żoną męża; on zajął serca, głowy, mieszkania, całe życie, on zaludni wszystkie Tworki.

Jako żywo!

Mah–jong jest to taka chińska gra, w którą umiał grać dobrze jeden stuletni mandaryn, ale się wreszcie powiesił. Poza tym nikt jej nigdy nie zgłębił. Przypisywany jej wiek kilku tysięcy lat jest podobno europejskim szachrajstwem na chiński temat, bo tylko nowoczesny Chińczyk mógł wymyślić torturę tak brutalną, stare bowiem Chińczyk! miały sposoby wymyślne i wytworne na pozbawienie ludzi zmysłów, ładniejsze jest bowiem wpuszczenie komuś żywego szczura do — brzucha niż nazywanie kogo „wiatrem wschodnim”. Nowoczesny Chińczyk schował dla własnego użytku torturę tak zabawną, jak miarowe i monotonne spuszczanie komuś kropli wody na czaszkę przez dwadzieścia cztery godziny, a Europie posłał mah–jonga. Mądry jest to Chińczyk!

Niedługo nikt nie będzie orał ani siał, nie będzie płodził dzieci, nie będzie pisał ani czytał, bo wszyscy będą grali mah–jonga; rada ministrów nigdy niczego nie uradzi, bo będą grali; sejm będzie jedną wielką partią mah–jonga, w której Łańcucki będzie zawsze „wiatrem wschodnim”, Po mah–jongu przyjdzie moda na kaleczenie kobietom stóp, co od biedy można by ścierpieć, po czym moda na skośne spojrzenia, potem na jedzenie zgniłych jaj, do czego zresztą są czynione przez sklepikarzy przygotowania, po czym na noszenie długich warkoczów (co ja wtedy zrobię, co ja zrobię?). I oto w taki sposób łatwy i tani żółte niebezpieczeństwo stanie się faktem.

W tej chwili mah–jong szaleje w całej Polsce; ludzie nabrali żółtej cery, całe życie wygląda jak jajecznica, takie jest bardzo chińskie. Mah–jong jest w każdym domu i niedługo biada będzie temu, co go grać nie będzie umiał! Nikt się z nim nie ożeni, nikt mu nie poda kropli wody i ręki, nikt go nie pochowa w poświęconej ziemi. Ojciec wyprze się syna, matka córki, dzieci rodziców, służba chlebodawców, kochanek kochanki, złodziej policjanta, wydawca autora, wyborca posła. Kiedy przyjdzie taki nieszczęsny, co grać nie umie, ujrzy z rozpaczą, że trzeba mu się czym prędzej obwiesić; najlepiej grający zostanie ministrem, odda mu się każda kobieta, aby urodzić syna z graczem wspaniałym, syn zaś urodzi się już jako Chińczyk. Umierający ojciec zostawi dzieciom w spadku najlepszy sposób zrobienia mah–jonga, córki dostawać będą w posagu, jako pierwszy zaczyn na piernik toruński, sto czterdzieści cztery mah–jongowe kamienie.

Taka to jest ta gra wspaniała i pełna uroku! Proszą cię na wieczerzę na godzinę ósmą, ale ją podają o trzeciej nad ranem, bo nie można było skończyć partii, zresztą kucharka grała jeszcze ze stróżem i lokajem, i z młodszą, więc i tak by nie było sposobu. Nie możesz z nikim pogadać, ho kto by tam z tobą gadał. Słyszysz tylko:

— Siedem bambusów.

— Biały smok!

— Dwa charaktery!

— Dziewięć kółek!

— Ogródek!

— Wiatr zachodni!

— Kong!

— Pong!

— Czau!

— Mah–jong!

Ponieważ nie masz z kim gadać, więc rozmyślasz mądrze i roztropnie. O tym przede wszystkim, że mah–jong nie jest zbyt wielką filozofią, tylko chińską alegorią, wyobrażonym życiem. Zawsze wieje jakiś „wiatr”, „bambus” czy wierzba, to mała różnica, „kółko” także niewielki rarytas, masz „ogródek” i „zielonego smoka”—żonę — oto i mah–jong.

— Cztery charaktery! — krzyczą przy grze.

— Cztery — myślisz sobie — aż cztery? Zaraz widać, że to zamorska gra. Skąd by to tak wziąć choć jeden?

— Trzeba mieć „trójkę w jednej rodzinie!” — mówi gracz.

— „Trzeba?” Dotąd się przynajmniej myślało, że tylko można, teraz zaś już „trzeba” powiększać rodzinę o tego trzeciego… jest to gra cyniczna! — myślisz sobie.

— Czy pan to ma „z głową i z ogonem?” — pyta panna grająca.

Wtedy przerywasz rozmyślanie i rumienisz się.

Co oni mówią, na Konfucjusza! — co to znaczy?

To jednak wiedzą tylko panie grające, bo obłęd ogarnął przede wszystkim panie. Dokonany jest przewrót w kobiecej naturze; piękna pani nie ma już na nic czasu, nawet dla „niego”. Pani naucza wszystkich tajemniczej chińskiej gry.

Najbardziej jednak ponure jest to. że jej nikt grać nie umie, wszyscy się zawszę kłócą, nikt nie jest zdecydowany ani co do prawideł, ani co do sposobu liczenia, ani co do terminologii, tak że osobna komisja Akademii Umiejętności będzie musiała ustalić, czy się mówi „ogródek”, czy też „kwiatek”? Do tego czasu jednakże rozejdzie się kilka małżeństw, zdarzyć się też może w partii bardzo namiętnej, że na stole będą leżały sto czterdzieści cztery chińskie kamienie i trzydzieści pięć polskich zębów.

Tylko patrzeć, jak ta mądra i chińska gra zejdzie pod strzechę. Tylko patrzeć, jak dorożkarz będzie mówił do pasażera:

— Jak pana wyrżnę w „charakter”, to z pana „wiatr zachodni” wyleci!

— Pong! — krzyknie znany złodziej, Janek Ospowaty, waląc po łbie Mańkę Syfon.

— Czau! Czau! — wrzaśnie ona. Wszystko będzie z mah–jonga. Dyplomata będzie mówił do dyplomaty:

— Skończmy te chińskie ceremonie i rozwalmy mur. „Smok czerwony” poczuł „wschodni wiatr” i diabli wezmą „ogródek”… ,

A kochankowie będą mówili:

— O, mój „kwiatuszku”!

— Czego chcesz, „biały smoku”?

— Czy nie można by tak zginąć w gąszczu „bambusów”?

— Boję się, pan mi może zrobić „czau–czau”…

— A jakiż pani ma twardy „charakter”! Trzy, cztery „charaktery”!

— To nie to, tylko że ja jestem gorący „wiatr południowy”, a pan…

— „Pong”! cóż ja?…

— A pan ma… „mah–jonga”…

Muszę się zapytać Frycza, co znaczy po chińsku: mah–jong?

To jednak musi być coś nieprzyzwoitego.


II. KURS WYŻSZY

Przyjechał do mnie ze ślicznego, małego miasteczka dawno niewidziany przyjaciel. Był w Warszawie po raz pierwszy w życiu, przyjechał zaś w dziwnym celu. Maniak, wybornie wykształcony, esteta, duch piękny, człowiek wytworny, uwielbiał rzeczy proste i w harmonii swej doskonałe. Pieścił piękną książkę jak kochankę, kochankę czytał jak zajmującą książkę, oprawną ślicznie w cielęcą skórę, godzinami potrafił przyglądać się zachwyconym spojrzeniem zachodowi słońca, morzu lub renesansowym włoskim pałacom. Łatwo się tedy stać mogło, że rozburzone, roztłamszone, rozmierzwione, o grubych manierach życie nowoczesne, spanoszone, zgiełkliwe i wrzaskliwe, źle ubrane i czytające zeszytowe romanse, nie kochające kwiatów i gardzące poezją, że zezowate, jednym słowem, życie wytrąciło z równowagi duszę, zakochaną w pięknie i harmonii. Chciał uciec z takiego życia jak człowiek, którego dobry i wytworny smak dotkliwie obrażono, ucieka z podejrzanego domu.

Skarżył się przede mną jak ptaszek, tak że mi się serce krajało. Widziałem, że jest to człowiek stracony, gdyż bardzo cierpi i ma duszę porwaną na strzępy, jak płat jedwabnej, o tęczowych kolorach tkaniny. Płakał rzewnie na mojej piersi, ja zaś chętnie zaryzykowałem dla przyjaciela kamizelkę, bo łzy nie były krwawe, tylko kryształowe. Mój przyjaciel nawet płakać umiał pięknie.

Uciec z życia? Dobrze, ale jak się to robi? Najprostszym sposobem byłoby samobójstwo, mój przyjaciel jednak gardził samobójstwem, jako aktem zbyt brutalnym, po którym się wygląda niewytwornie, bo albo wisielcowi język wygląda z ust, albo się ma rozwaloną czaszkę. Przyjaciel mój uważał samobójstwo za bandycki napad ludzkiego zwierza na spokojnego, udręczonego i zmęczonego życiem gentelmana.

Można jednak zginąć łagodnie, powoli, można zgasnąć, jednym słowem, tak, że nikt nie zauważy i każdy powie: umarł jak należy. Jest to droga okrężna do śmierci; istnieją dwie takie drogi: można zostać urzędnikiem państwowym albo literatem i łagodnie, niewidocznie, po pewnym czasie zgasnąć cichutko, rzecz prosta, z głodu. Żadnego z tych dwóch sposobów przyjaciel mój użyć nie mógł; urzędnikiem nie mógł zostać, gdyż pisał bardzo prawidłowo po polsku i ludzkim językiem, literatem zostać nie mógł, gdyż miał nieludzki wstręt do alkoholu.

Sprawa stawała się zawikłana.

Nie jest tak łatwo uciec od życia, jest to prawie tak trudno, jak uciec od żony. Toteż jego ogarnęła melancholia, a mnie, który mu z duszy i serca chciał pomóc, zniecierpliwienie. Musi ostatecznie istnieć jakiś sposób na bezbolesny rozwód z życiem, na ucieczkę.

Zaraz! Zarazi Jak to mówi poeta? Poeta mówi: „Miło snami uciec z życia!”. Jest więc sposób: prześnić życie.

Co to znaczy „prześnić?” To znaczy unieść się w jakiś sposób ponad rzeczywistość, w krainę marzenia i ułudy, wzrok skierować ku regionom niewidzialnym, słyszeć tylko muzykę gwiazd, widzieć tylko fatamorgana. To wszystko razem, przetłumaczone na język pospolicie zrozumiały, znaczy, że trzeba zwariować! Wiadomo, że wariaci są to ludzie szczęśliwi; dla takiego szczęśliwca bryła kamienia jest bryłą złota, patyk berłem, a marka pocztowa całym światem. Taki o niczym nie wie, nic ziemskiego go nie obchodzi, o wszystkim przeszłym zapomina. Trzeba więc łagodnie zostać wariatem, oszaleć, sfiksować i w ten sposób z padołu łez przenieść się w świat lepszy, żyć, nie żyjąc, a żyć pięknie i wytwornie wśród istot równie wytwornych, bo urodzonych z pięknego marzenia.

— Wyborny pomysł! — zawołał mój przyjaciel. — Zwariować, chcę zwariować za wszelką cenę.

Zwariować! To się lekko mówi, ale jak się to robi? Życie wydaje się łatwą instytucją, a gdy przyjdzie co do czego, potyka się człowiek przy pierwszym zaraz kroku. Oto niby drobiazg: uczciwy człowiek chce zwariować, no i co? W jaki sposób?

Zaczęliśmy gorączkowo szukać sposobu na wariację. Najbliższą myślą była porada u lekarza.

— Panie! — rzekł mój przyjaciel — ja chcę zwariować. Niech mi pan za wysokim honorarium powie, jak to można zrobić?

— Mam wrażenie, że się to już zrobiło! — rzekł przerażony lekarz.

Otóż to jest nauka tych mędrców!

Trzeba więc było zdobyć błogosławiony stan szaleństwa sposobem domowym; należało szukać długo, by choćby przypadkiem natrafić na środek właściwy i niezawodny. Zaczęliśmy stosować wszelkie środki, które miały jakiekolwiek szansę, że zdołają zaćmić zdrowy mózg i przewrócić go do góry nogami.

Oto powolny proces, jaki stosowaliśmy długo, niestety, bez wybitnych rezultatów.

Najpierw nauczyłem mojego przyjaciela gry w mah–jonga, grał w niego dniami i nocami, ja zaś bacznie obserwowałem, czy mu już coś nie padło na mózg. Nic z tego.

Zastosowałem środek silniejszy i dałem mojemu biednemu przyjacielowi do przeczytania wszystkie moje książki, ale od razu. Skutków gwałtownych spodziewałem się po kilku dniach. On czytał, czytał, bladł, czerwieniał, skręcał się z boleści, czasem zawył ponuro, czasem cisnął czymś ciężkim w moją stronę, ale i na tym się skończyło.

Zawiodłem go więc na premierę, nazajutrz zaś kazałem mu jedną po drugiej przeczytać wszystkie krytyki o nowej sztuce. Przeraźliwość zdumienia może czasem zrodzić nagłe szaleństwo; harmonia ducha mego przyjaciela musiała się wzburzyć niezmierna rozmaitością sądów. Znowu nic. Pokazało się, że zwariował tylko szczęśliwy autor, mojemu przyjacielowi to nie pomogło. Ważyłem się na wielkie rzeczy.

Mój przyjaciel zerwał z kochanką, wdział zgrzebną koszulę, wyspowiadał się, odbył dwutygodniowe rekolekcje? jadł tylko korzonki, pił tylko wodę i tak, odpowiednio przygotowany, wstąpił jako uczeń do instytutu teatru Reduta. Myślałem sobie słusznie, że jak mu tam każą przez rok przeżywać wariata, to jednak poczciwy chłopak przecież kiedyś zwariuje.

I znowu nic z tego. Już się coś zaczynało, przyjaciel mój bowiem rozmyślał godzinami na zadany temat, czy w izbie Wesela miotła ma stać po prawej czy po lewej stronie pieca — ale go znowu odeszło.

Nieszczęśliwy człowiek! Płakać się chciało, patrząc na jego bezużyteczne wysiłki.

Ponieważ najłatwiej oszaleć na terenie teatralnym, zrobiliśmy go z wielką nadzieją na dobry skutek prezesem teatrów miejskich; jeżeli na tym stanowisku w ciągu dwóch miesięcy nie zwariuje, w takim razie nic mu nie pomoże, to już amen.

I znowu coś się już zaczęło dziać.

Mój przyjaciel chwytał się nagle za głowę albo nagle wybuchał płaczem. Patrzyliśmy z radością, jak obliczając wpływy opery, wrzasnął, a potem zaczai tłuc głową o mur,

I może byłoby się dobrze skończyło, gdyby nie to, że go wyleli z posady, bo się zaczął orientować w labiryncie i już się wiele nauczył. Szkoda, byłby zwariował z całą pewnością.

Ha! nie ma innej rady, tylko trzeba szukać sposobów bolesnych. Kazaliśmy mu obliczyć, ile ma zapłacić podatku za rok 1923, a potem znaleźć ten urząd, gdzie należy ten oto podatek zapłacić. Przez pół roku liczył i obliczyły że ma zapłacić groszy osiemdziesiąt siedem i że ma je zapłacić w Siedlcach, a gdyby tam nie chcieli przyjąć, to w Grudziądzu. Już, już był bliski pomieszania, zdrowa jednak natura przemogła i znowu zaczął powracać do prawidłowego myślenia.

Mózg jednak miał już od tych prób nadwyrężony, najsilniejszy bowiem człowiek nie może bezkarnie przechodzić prób tak ciężkich i dotkliwych. Widoczną było rzeczą, że wieża jego myślenia zachwiana jest w posadach i że teraz trzeba będzie tylko małego, lekkiego pchnięcia, aby runęła w przepaść. Widać to było po oznakach zewnętrznych, bo bladł i chwiał się, kiedy na przykład czytał ustawę—o ochronie lokatorów, wstępne artykuły polityczne, polemiki literackie lub wiersze. Znaczyło to, że go to wprawdzie nie przyprawia o obłęd zupełny, ale powoli miesza mu zmysły.

Trzeba było pomyśleć o zadaniu mu ostatecznego ciosu. Przebłagawszy tedy z góry Pana Boga za zbrodnię, która się ma dokonać na uczciwym człowieku — ożeniliśmy go. Cel uświęca nawet tak potworne środki! Wolałbym tego zacnego chłopca zarżnąć tępym nożem — cóż, trudno! Ożeniliśmy go z bardzo piękna aktorką, wiedząc, że kto jak kto, ale ta mu zada bobu! Sam fakt małżeństwa, operacja przeciwna ludzkiej naturze, może przyprawić umysł ludzki o szaleństwo, cóż dopiero małżeństwo z piękną aktorką? Toteż widząc, jak to małżeństwo szybko zaczyna wydawać owoce — nie o dzieciach mowa, bo to by było za prędko! — zacierałem z radości ręce; jeśli mój przyjaciel wydoli w tym małżeństwie miesiąc, dwa, zwariuje tak dokumentnie, że miło będzie patrzeć.

Straszliwego jednak pecha miał ten biedny człowiek; żona aktorka uciekła od niego po dwóch tygodniach, bo bałwan zaczai z nią gadać o sztuce. Tego najbardziej cierpliwa aktorka nie zniesie.

Ręce mi opadły. Nie ma rady na tego biedaka. Ten i ów czasem zwariuje i takiemu dobrze, ten zaś nieszczęśnik nie mógł zwariować w żaden sposób.

A oto wybawienie przyszło nagle, niespodzianie, zupełnie z nieznacznych powodów.

Jak już wspomniałem, przyjaciel mój nie był nigdy w Warszawie i teraz znał ją bardzo mało, wałęsał się bowiem po niej, patrząc w bruk, jakby na nim chciał znaleźć swoje upragnione szaleństwo. Nie widział, co się dzieje dokoła niego. Chcąc go więc nieco pocieszyć w jego nieznośnej melancholii, łaziłem z nim po mieście.

Kiedyśmy wchodzili z ulicy Marszałkowskiej w ulicę Widok, mój przyjaciel spojrzał przypadkiem i drgnął.

— Co to jest? — zapytał słabym głosem, tocząc błędnym wzrokiem.

— To? Dom u zbiegu Marszałkowskiej i Widoku.

— Dom? Na Boga! Gdzie my jesteśmy?

— W Warszawie, w stolicy…

Mój przyjaciel chwycił się za głowę.

— Zwariuję! — szepnął.

Co takiego? Oj! Zaczyna być dobrze! Czciciel harmonii i piękna dostał uderzenie w głowę…

Zorientowawszy się w sytuacji, poprowadziłem go na drugi koniec ulicy Widok i pokazałem dom, równie wspaniały, budowany przez rozpacz, zakonserwowany przez szaleństwo.

Na bladej twarzy mojego przyjaciela zjawiły się wypieki.

— Dobrze idzie! — pomyślałem.

I z triumfem poprowadziłem go na ulicę Chmielną. Mój przyjaciel spojrzał i zatoczył się, ujrzawszy coś straszliwego: parkan ohydny i przyczepiony do niego nowozbudowany dom, nieprawdopodobny dom, niebywały dom.

— Prędzej, prędzej! — krzyknąłem. Biegliśmy prawie.

— To jest Pałac Staszica! — pokazałem mu z radością. Mój przyjaciel zrobił się siny, a na usta wystąpiła mu piana wściekłości.

— Patrz tam, tam naprzeciwko, na róg Słowackiego!

— Jezus, Maria! — jęknął przyjaciel.

Ledwie się wlókł, coś mu w mózgu wyraźnie trzeszczało. Kiedy go postawiłem twarzą przed gmachem seminarium państwowego obok kościoła Wizytek, z ust mojego przyjaciela wybiegł dziwny, niesamowity uśmiech. Straszna, odrapana, jakby trądem pokryta rudera zwaliła mu się na piękny jego mózg.

— Odwróć się nagle! — krzyknąłem. Odwrócił się i zawył.

— To jest dawny jakiś pałac, Królewska 1. 1. Należy do kogoś z arystokracji.

Ja też zasłoniłem oczy ręką, bo nie miałem zamiaru zwariowania, a mogło się to zdarzyć, bo nie można bezkarnie patrzeć na trędowatego trupa domu.

— Prędzej, prędzej! — przynaglałem.

Powlokłem go na Saski plac.

— To jest najpiękniejszy plac w Polsce! Spojrzyj!

On spojrzał, zgrzytnął zębami, zapiał nagle jak kogut i dostał konwulsyj. I ja zacząłem czuć powiew obłędu. Chciałem krzyczeć głośno, aby wywołać zbiegowisko i zawołać: Ludzie! Czy wam nie wstyd, aby na historycznym placu stała psia buda, w której sprzedają orzechy i wodę sodową? Rzućmy się na tę ohydę i rozrzućmy ją, cegła po cegle, bo się Francuzy łapią za brzuchy ze śmiechu, a Angliki kiwają głowami, przecierając oczy i szepcząc:

— To nieprawdopodobne! tego nie ma nawet u Murzynów!

Ukazałem mojemu przyjacielowi panoramę z tego miejsca z widokiem na wieże Świętego Krzyża. Postawił oczy w siup, a z gardła dobywało mu się bezsilne łkanie. Pomyślałem, że jeśli takie cudowne czyni na nim wrażenie potworne niechlujstwo, to go łatwo dobiję szaleństwem nie odrapanym, lecz pielęgnowanym, obłędem, który padnie na jego poczucie harmonii i dobrego smaku jak głaz. Toteż wiele ciekawych pokazawszy mu po drodze rzeczy, zawiodłem go, jak Wergili Danta, na zbieg ulicy Jasnej i ulicy Sienkiewicza, gdzie obok Filharmonii wybudowano trzy przybytki. To się nie da opisać, to trzeba by zobaczyć: zwariowany gmach teatru Komedia, wtłoczony między dwa olbrzymie domy; dachy, wykusze, mury niskie i wysokie, sto pięć stylów tworzą tak cudowną harmonię linii, dają efekt dla oka tak niebywały, że spojrzawszy na to cudo architektury, na ten obłęd nieprawdopodobny, chwyciłem się słupa latarni, aby nie upaść.

A on:

Mój przyjaciel, na którym nic nie sprawiało wrażenia, płakał jak dziecko. Potem ni stąd, ni zowąd zabulgotał, krzyknął, miauknął, zabeczał, a wreszcie roześmiał się przeraźliwie, wspaniałym śmiechem szaleńca i zwariował szczęśliwie.