Uprzejmi pomocnicy

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Teatr i apteka Uprzejmi pomocnicy • V • Felieton ze zbioru Kartki z kalendarza • written by Kornel Makuszyński Raz przeczytać i umrzeć...
Teatr i apteka Uprzejmi pomocnicy
V
Felieton ze zbioru Kartki z kalendarza
written by Kornel Makuszyński
Raz przeczytać i umrzeć...

Uprzejmi pomocnicy


Dobry człowiek wyobraża sobie, że tak zwany „literat” (często również „literata”) jest najszczęśliwszą istotą na nieszczęśliwej ziemi. Szczęśliwsze są chyba aktorki, o których mówiła w Krakowie jedna światła przekupka:

— Taka to ma życie, moja pani! Na złotym łóżku przez cały dzień leży, cukierki żre i gada z papugą!

A na czymże to leży literat? — „Leży na obłoku roztopiony w ciszę…” — O papugę na obłokach trudno.

Gdybym jednakże zaczął wyliczać pisarskie niedole, musiałbym nieprzerwanie pisać przez siedem lat i siedem miesięcy. Czarne ptaki trosk zlatują ze wszystkich stron świata i siadają na dostojnej głowie, przekonane, że to w drzewie wyrzezany bałwan, czasem zaś — o zgrozo! — trudno nie przyznać racji zmyślnym tym stworzeniom.

Nie będziemy jednakże nużyć czytelnika suchym wyliczaniem egipskich plag i polskich utrapień, nie jest bowiem naszym zamiarem przyprawianie go o rzęsiste łzy lub o pomieszanie zmysłów ze zbytniego wzruszenia. Res sacra lector. Z pogodnym, jesiennym uśmiechem zajmiemy się jedna szczególną niedola wieszczów, układających wstrząsające romanse lub zwołujących rymy jak gołębie, aby się ucałowały. Otóż wciąż ktoś do nich puka. dzwoni lub pisze trwożąc wieszcza i niepokojąc, a nieraz, gdy się nadarzy wyjątkowy mąciwoda, doprowadzając go do zezowatej rozpaczy, nerwowych zaburzeń lub do ryku, jaki rozsrożony wydaje lew. Sprawiają to literaccy kibice, których niepoliczoną ilość odmian wymienia historia naturalna; od łagodnych, mało szkodliwych, często miłych, nieraz zabawnych i rozbrajających — do ponurych wodogłowców, upartych, nieumęczonych, zawziętych i zgrzytających zębami. Wybornym przykładem przyjemnego pomyleńca był ów, który razu jednego za kulisami krakowskiego teatru schwytał za poły Przybyszewskiego i rzekł rzewnie:

— Proszę pana mistrza! Napisałem cztery dramaty… Oto są (Tu paczkę pokazał dziesięciokilogramową). Czy mógłby je pan przeczytać i wydać mi świadectwo, że jestem niesłychanie zdolny i że mam bajeczny talent?

„Przybysz” zaśmiał się na diabelski temat: „hę, hę!” — spojrzał na gębę, głupkowatą jak dojrzała dynia, i powiada uprzejmie:

— Po co czytać? Ja panu bez tego dam świadectwo!

I w garderobie Solskiego, który zakrył twarz, napisał taki dokument:

Na usilne, osobiste żądanie pana Kapuśniaczka oświadczani, że jest on geniuszem.

Podpisał, jakby to diabeł uczynił ogonem, a pan Kapuśniaczek stęknął z zachwytu.

I ja — si parva magnis comparare licet — miałem do czynienia z takim przyjemnym urwirymem. Póki życia nie zapomnę tego ananasa i nie przestanę go wspominać.

Toczyłem przed wielu laty srogie boje z urzędem skarbowym, który mnie cenił na wagę złota i tłoczył jak winne grono. Nasłał wreszcie na mnie poczciwego człeczynę, który ze zwycięskim okrzykiem rzucił się na jakiś mebel, załkał z radości i ogłosił, że od dzisiaj jest on własnością państwa. „Opisał” go i poszedł. A nazajutrz znowu przychodzi.

Chciałem krzyknąć wedle Adama: „Kędy wszedłeś, wychodź tędy, bo cię przeklnę w imię Boga!” — ale tamten tak rzewnie się uśmiecha, żem zmiękł. W jednej ręce dzierży jakieś pachnące warzywo, a w drugiej laurkę i szemrze jak strumyczek:

— Ja dzisiaj prywatnie, panie literacie… Chciałem prosić, aby pan to przejrzał, bo ja w wolnych chwilach wierszyki układam. Ja mam ogromny talent, panie literacie!

O psia noga! Najpierw opisał szafę, a teraz opisuje kląskanie słowików… Nie pamiętam, czy wyszedł ode mnie żywy. W szaleństwie jestem straszny.

Rzadki to jednakże ptak, urzędnik skarbowy, co zawiązuje rymom ogony, i dlatego taki nie jest plagą. Nieco nikczemniejszym gatunkiem jest kreatura przemyślna, co proponuje literaturze brudne interesy. Zdarzyło się ongi. że do głośnego pisarza przyszedł mizerny podczłowiek i nie owijając sprawy w bawełnę, prawił kuszącym głosem:

— Mogę się ożenić z bardzo bogatą panną, ale panna jest cokolwiek pomylona i pragnie wyjść jedynie za artystę… Za dekadenta… Otóż mam plan taki: niech pan na pisze powieść, a ja ją od pana kupię i wydam jako swoja. Pan dużo zarobi, a ja się bogato ożenię! Co pan na to?

Romansopisarzowi najpierw odjęło głos, potem zalała go ..nagła krew”, a gniew sprawiedliwy tak jego siły pomnożył, że wesołego jegomościa zabrało pędem pogotowie i długo potem się leczył. Opowiadali, że dentysta miał z nim wiele zachodu.

Był to zresztą jedyny wypadek gwałtownych uniesień i przejmującego kataklizmu w spokojnej, uprzejmej i wytwornej literaturze, która do najdziwniejszych przywykła dziwów. Do zwyczajnych i wcale pospolitych należą prośby o naukę pisania wierszy. Zdarza się, że poczciwiec z wielkim sercem i małą głową pisze „podanie” do głośnego rymopisa. aby mu tenże w swojej łaskawości zdradził tajemnicę poetyckiej sztuki. Jak to się robi? Czy wystarczy do tego interesu sześć oddziałów szkoły powszechnej, albowiem suplikant takim jedynie rozporządza kapitałem? Czy można się wyćwiczyć przez rok we wzniosłym rzemiośle? Czy dość dużo za to płacą, aby można wyżyć?

Kandydat na wieszcza nie przychodzi zresztą z gołymi rękami, znany jest bowiem w miejscu urodzenia ze zdumiewającej łatwości składania wierszy: na wszystkich chrzcinach, weselach i pogrzebach wygłasza wyborne wierszowane przemówienia tak wesołe i dowcipne, że boki można zrywać, lub — odpowiednio do okoliczności — tak wstrząsające, że serca pękają z trzaskiem, o czym świadczą załączone próbki z przemowy poetyckiej na weselu: „Dziś, panno Zosiu, jest twój ślub, a jutro może czeka cię grób!” Aby nastrój był tym straszliwszy, aby zimna otchłań tym zimniejszą się wydała, grób napisano „grub”. W dowcipnej weselnej mowie wcale tego nie widać, a śmiechu było co niemiara.

Nie należy znęcać się nad poczciwymi ludźmi, których uwiodła muza–czarownica. Tym łapczywiej trzeba ogarnąć ponurym spojrzeniem szeroko rozrodzoną familię „uprzejmych pomocników” literatury. Och, straszne to jest plemię! Sami nie chcą pisać. Sami nie pragną złudnej, pustej i zawodnej sławy. Wyznają śmiało: „Może bym nie potrafił tego napisać tak, jak pan, zresztą nie próbowałem. ale jestem przekonany…” itd. — albo: „Nie mam czasu na zabawę w pisanie…” — I dlatego poczciwie, serdecznie, z braterską gotowością, z zaparciem, z ofiarnością godną podziwu gotowi są do współpracy.

Jedni — nazbyt szlachetni — pragną procedernikowi odstąpić temat bezinteresownie, byle wzbogacić piśmiennictwo rodzime, inni natomiast żądają „wspólnoty interesów” i umieszczenia ich nazwiska obok autora na okładce. Mały procencik z honorarium byłby oczywiście dowodem miłej i zgodnej współpracy. Ofiarowany towar jest rozmaity. Czasem piękna dama takie wyborne ma pomysły: rozwiodła się z mężem, który (łajdaczyna!) wcale jej nie rozumiał. Życie jej było piekłem i najwspanialszą powieścią. Przeto dama będzie opowiadała o swoich okrutnych przeżyciach, a pan autor niech to pisze. Książka będzie sensacją!

Najczęściej jednak miłe damy ofiarują ulubionym autorom swoje pamiętniki, są ci bowiem niezmiernie łapczywe na zapisywanie zdarzeń każdego dnia i każdej godziny. Głębokie te przeżycia pełne są wykrzykników jak cyprysy nad grobowcem i kropek niezliczonych, smutnych, ironicznych, trzy po każdym słowie, jak gdyby muchy zbytnio w owym czasie obrodziły. Pamiętnik jest lamusem, składem galanterii, destylarnią łez, fabryką perfum, „szkołą obmowy”, grobem marzeń, wylęgarnią nadziei, drzewem wiadomości złego i dobrego, butelką żrącego płynu i coctailem z gorących napojów. (Istnieją pamiętniki wysokiej klasy, tajemne spowiedzi głębokich dusz i wspaniałych serc. Takich — niestety — nikt nie ofiaruje i obok takich przechodzimy z pełnym czci milczeniem).

Damy strzegą zazdrośnie swoich bezcennych pamiętników, lecz wreszcie przychodzi na nie nieuchronnie czas, kiedy tajemnica zaczyna je parzyć, i wtedy rodzi się w nich pomysł, aby szesnaście kajetów, drobno zapisanych, ofiarować pismakowi, jak kopalnię złota. Ileż tam „intrygi i miłości”! Ileż powikłanych sytuacji, ileż boleści, ileż cierpienia! Toteż zdumienie najmilszej precjozy nie ma granic, gdy pismak w niemądrym liście odpowie, że nie pragnie korzystać z głębokich cudzych tajemnic i że „pisze z głowy”. Nie ulega wątpliwości, że obrażona dama czyni w pamiętniku dopisek:


Wtorek, 24 listopada.

Odmówił. Zawsze byłam tego zdania, że to idiota.


Można by zrobić z tego trzy opasłe tomy i unieśmiertelnić damę, ale pismaki to niewdzięczny naród i nie rozumieją własnego interesu. Jeden z takich — wyborny niemiecki nowelista — załatwił sprawę pamiętników przeraźliwie krótko i fałszując prawdę, taki sobie wykoncypował pamiętnik, który powtarzamy swoimi słowami i w zwięzłym sposobie:


Środa.

Mąż przyprowadził na obiad jakiegoś niemiłego pana.

Czwartek.

Ten hebes znowu przyszedł. Po jakie licho?

Piątek.

Znowu go diabli przynieśli, tego pana X.

Sobota.

Zostałam kochanką pana X. Dlaczego? Czy ja wiem? Czy jestem Maupassantem?


Hojni ci ofiarodawcy są dostawcami en gros, nierównie więcej istnieje jednak duchów przyjaznych, które nie mając do rozporządzenia kopalni diamentów, pragną ukochanemu autorowi posłać choćby brylancik: wyborne powiedzenie, dowcipuszek, niezwykłe porównanie lub dziwne słowo. Są to bardzo przyjemni „członkowie korespondenci” literatury, nieśmiali i wiele posiadający wdzięku. Drobne upominki utrwalają przyjaźń. Często nawet nie podpisują listów, więc nie żądają odpowiedzi, i chociaż autor nie korzysta z tej dobroci serca, jednak zawsze wdzięcznie się uśmiecha wiedząc, że zacna osoba chciała jak najlepiej. Zacna osoba proponuje czasem najmilsze kretyństwa, które „zasłyszała w tramwaju” albo które „synek przyniósł ze szkoły”, lecz i to jej zacności nie umniejsza.

Pewien znakomity poeta wypisał na drzwiach swego mieszkania (ulica Koszykowa) takie ostrzeżenie:


Wywiadów nie udzielam! Weksli nie podpisuję! Rękopisów nie oceniam!


Prozator dopisałby grubymi literami: — Zwierzeń nie słucham! Z pamiętników nie korzystam! Rewolwer posiadam!