W młodym lesie

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Tyle listów... Skąd te listy? W młodym lesie • II • Felieton ze zbioru Kartki z kalendarza • written by Kornel Makuszyński Czarnooki opryszek
Tyle listów... Skąd te listy? W młodym lesie
II
Felieton ze zbioru Kartki z kalendarza
written by Kornel Makuszyński
Czarnooki opryszek

W młodym lesie


Wydałem książczynę, która się nazywa Bezgrzeszne lata.

— Czy miał pan kiedy takie lata? pyta mnie w tej chwili czytelnik wesoły.

Postanowiłem jednak w tej chwili nie odpowiadać na zaczepki czytelnika dorosłego i rozmawiać tylko z jego synem, który ma dwanaście lat, i z córką, która ma lat dziesięć, jest to bowiem rozmowa milsza niż rozmowa z człowiekiem uszczypliwym, który pachnie złym cygarem. Proszę więc, by mi nie przeszkadzano zjadliwymi uwagami, bo choć jestem człowiekiem łagodnym i szczególnie dobrym, mam jednak na biurku ciężki brązowy przycisk, a gdyby to było za lekkie, posiadam komplety pism humorystycznych. Z tego jest pewna śmierć.

Wracając do Bezgrzesznych lat, muszę objaśnić, że książeczka ta jest wesołym pamiętnikiem szkolnych czasów i zawiera tak bezcenne ustępy, jak ustęp o Sztuce podpowiadania, bezcenny z tego powodu, że jest to sumiennie opracowany podręcznik do powszechnego użytku młodych urwipołciów. Zapewne ze względu na praktyczność i użyteczność tej książeczki — użyteczność równie wielką, jaką posiada każda książka kucharska pt. Młoda gospodyni albo Jak zjeść smacznie i tanio? — zyskała ona sobie wielkie wzięcie u przemiłych małpoludów, chodzących do szkół.

Uczniaki dzisiejsze, lepiej i rozumniej nauczane niż my kiedyś, radosne chłopaki, grające w piłkę albo konstruujące sobie domowym sposobem radio, pomysłowe, rozgarnięte łby, mogące się cieszyć doskonałymi książkami, chłopaki, nie męczone nauką, lecz zakochane w niej muszą jednak korzystać z odwiecznych, nigdy niezmiennych zwyczajów szkoły, tych zwyczajów, które promienieją ukrytym wewnątrz humorem, zawsze wisielczym. Ponieważ moja śmieszna książeczka zatacza się z radości, jak wesoły żak w niedziele, opowiadając o tych boskich kawałach, którymi cieszy się każda szkoła i którymi jak miotła, wypędza ze swoich murów najcięższego wroga młodości nudę, dlatego tak przypadła do smaku miłym zwierzakom w mundurkach i dlatego, wesoło przez nią nastrojeni, ciągną dalej humor jak szewc dratwę. Udaję strasznie, że mnie to martwi, ale jednym okiem śmieję się w stronę tych wisusów, którzy powagą drukowanego słowa pokrywają swoje buszmeńskie postępki.

Szkoła jest czymś tak cudownym, jest taka radosną, zieloną łąką życia, na której harcują młode, kędzierzawe barany, że nie sposób zbliżać się ku niej bez szerokiego śmiechu. Toteż czytając mizerną moją książczynę. łapie się za głowę ten i ów zacny wychowawca, wołając:

— Co ten znowu narobił?! Co będzie, jak to przeczytają zwariowane żaki, do psich figlów zawsze gotowe?

Panie profesorze! Przysięgam panu, że nic nie będzie. Chłopaki będą się łapać za brzuchy z radości, ta radość jest najsłodszym chlebem młodych lat; kto się raduje, ten się staje lepszy.

W ten sposób pomyślał ten i ów wychowawca, mądry człowiek, i do tego doszło, że sobie teraz po szkołach czytują głośno ustępy z tej książeczki; pan profesor i młode mrówkojady, i gumojady, i kredojady. Heca jest pierwszorzędna, gdyż ja mam w godzinę potem najściślejsze relacje przez telefon. Młody baran w mundurku wie o tym doskonale z książki mojej, że go kocham, mniema więc słusznie, że należy mi donieść, cośmy to… razem, „on i ja”, urządzili za wyborny kawał, a profesor dał się poczciwie podejść.

Przysięgam, że nie zmyślam, a piszę o tym dlatego, bo jest cudownie na świecie, niebo jest błękitne i drzewa zaczynają się zielenić. Należy się cieszyć wszystkim, ja się cieszę tym, co mi żaki wyprawiają.

Co dzień krzyczy do mnie telefon wesołym głosikiem:

— Proszę pana! proszę pana!

— A co tam?

— Tutaj mówi Halszka…

— Bardzo mi przyjemnie… A któż to jest Halszka?

— Ja jestem z czwartej klasy i chcę panu podziękować.

— A za cóż to panna Halszka chce mi podziękować?

— Bo pan jest paradny!

— U nas dziś na lekcję łaciny przynieśli Bezgrzeszne lata!

— Oj! i co?

— I poprosiliśmy profesora, żeby trochę przeczytać.

— I pozwolił?

— Trochę się krzywił, ale pozwolił. I wie pan co?

— Umieram z ciekawości!

— Czytaliśmy całą godzinę! Strasznie, strasznie panu dziękujemy!

Panie profesorze! Wygranej na loterii panu życzę! Doskonale pan zrobił, że się pan śmiał razem ze śliczną Halszką, z Zosiami i Marysiami.

Telefon dzwoni wesoło i śmiesznie:

— Tutaj mówi Leszek!

— A jaki Leszek?

— Leszek! Ja mieszkam na Mokotowskiej.

— Śliczna ulica! Czym mogę służyć Leszkowi?

— Aby było dalej!

— Co ma być dalej?

— To, jak „Jeleń Rączy” ocalił „Krwawego Byka”. Niech pan to prędko napisze, bo ja czekam.

— Za dwa dni będzie napisane!

— Ale czy na pewno?

— Z największą pewnością!

— To ja powiem mamusi, że będzie!

— Powiedz, powiedz, złoty Leszku!

Czy ma kto takiego przyjaciela, jakiego mam ja? A mam takich ogromną ilość, wśród nich zaś ośmioletnie damy, bardzo wytworne i niezbyt skore do pochwał. Każdy ich uśmiech jest dla mnie czymś tak wspaniałym, jak wstążka damy dla zakochanego rycerza.

Forma uznania ze strony tych szlachetnych osób jest pełna powściągliwej wytworności i czasem przybiera formę dyskretnego pocałunku. Zdarzały się jednak akty uznania rzewne lub zgoła bolesne, kiedy dziecięca literatura moja zbłądziła pod ławy szkolne.

Dziecko, żaczek utrapiony, jest czytelnikiem, jakiego nie ma drugiego; czyta miłe bzdury z taką głęboką, kryształową wiara, że chciałoby się, aby każda literka była złotym promykiem albo kropelką rosy. O marzenie!

Napisałem raz w książeczce pt. Bardzo dziwne bajki zwariowaną historię o szewcu Kopytce, który od ciągłego naciągania miał takie ucho, że w nim chował dratwę i smołę, i nożyk, i guziki. Sam się śmiałem z takiego wesołego ucha. Raz jednak było mi wcale smętnie, że mój przyjaciel Kopytko miał walizę zamiast ucha, znalazł się bowiem kilkoletni czytelnik tak sumienny, że postanowił sprawdzić, czy uczciwy człowiek może pomieścić w uchu rozliczne przedmioty, wtykał więc w nie wszystko, co było pod ręką. Wiadomo zaś, że potrzeba małej encyklopedii na wyliczenie podręcznych przedmiotów użytku młodego cielaka. Zrobił sobie z ucha spiżarnię; kilka drobiazgów dało się wyjąć łatwo, ale ziarnko grochu wyjmował już chirurg. I co z takim zrobić? Gdybym był napisał, że sobie szewczyk wyjął lewe oko i ciskał nim za wróblami, byłoby gorzej. Całe szczęście, że mam usposobienie łagodne.

Inna mi się z takim młodym czytelnikiem wydarzyła historia, przysięgam, że autentyczna.

Znajduję w skrzynce list niezbyt kształtnymi pisany kulasami tej treści:


„Kochany panie Poeto!

Ja bardzo przepraszam, ale Tadzik idzie dziś z tatusiem do cyrku, a ja nie, bo nie umiałem historii, to niech pan zrobi, abym ja też poszedł, a ja się nauczę, tylko tatuś się gniewa, a jak pan powie, to się przestanie, i ja bardzo pana proszę.

Jurek S., ulica…”


Boże miły! O, nieszczęśliwy Jureczku! Biedaczek wyobrażał sobie, że niemożliwe jest, aby — gdy ja tego zażądam! — nie zabrali go do cyrku. Nie znałem tego nazwiska ani nigdy nie widziałem tego rozrzewniającego chłopaczka. Sprawa była jednak niemal honorowa — takiej prośbie gentleman odmówić nie może i nie powinien. Poszedłem zrezygnowany do wskazanego w liście domu, aby obronić uciśniona niewinność szlachetnego Jerzyka. Jest na drzwiach tabliczka z takim nazwiskiem. Posyłam bilet, wychodzi jakiś starszy pan, mocno zdziwiony nieoczekiwana literacka wizytą. Dialog jest taki:

— Najmocniej pana przepraszam za najście, ale przychodzę z dziwna prośbą.

— Będę szczęśliwy, jeśli ją będę mógł spełnić…

Dziękuję z góry; jest to właściwie drobiazg, ale uszczęśliwi jednego uczciwego człowieka. Ależ tym chętniej! O cóż idzie?

— Panie! — mówię uroczyście — syn pański Tadzik idzie dziś z panem do cyrku, a biedny Jurek zostaje za karę w domu!

Gentleman przymyka jedno oko, potem drugie, po czym zaczyna gwałtownie trzeć czoło, jakby sobie chciał przypomnieć, czy gdzie nie słyszał albo nie czytał o tym, że mnie niedawno odwieźli do Tworek? Jest tak zdumiony, że nie może wydobyć głosu, z czego ja korzystam mówiąc poważnie:

— Nie umiał historii, ale ja panu ręczę, że jutro nad tym posiedzi pilnie i nauczy się doskonale. Niech mi więc pan uczyni tę małą przyjemność i zabierze Jurka dziś do cyrku!

— Panie! — mówi miły starszy pan — na miłość boską! Skąd pan… W jaki sposób pan się o tym dowiedział?… To niesłychane!

— W zupełnie prosty sposób. Czy rozmawiał pan kiedy z synami o mnie?

— Często. Czytaliśmy razem Bardzo dziwne bajki. Chłopcy moi znają pana z widzenia, gdyż pan mieszka przy sąsiedniej ulicy.

— Oto i cała tajemnica. Proszę, niech pan przeczyta len list…

Starszy pan wziął drżącą ręką list i długo, długo czytał niewiele jego linijek. Twarz mu się rozjaśniła, a rękę podniósł nagle do oczu.

— Złoty chłopiec! — podszepnąłem jego myśli.

— Jureczek mój drogi! — szeptał sobie ojciec. Nagle wrzasnął na cały dom:

— Jurek!

Ostrożnie, badając teren, wsunął się do pokoju śliczny chłopak ze zwariowaną czupryną, którą zapewne przed chwilą darł sobie z rozpaczy. Ujrzawszy mnie, zrobił się purpurowy i najwyraźniej chciał dać drapaka. Zmógł się jednak, zaciął usta rozpaczliwie, szurgnął nogami w ukłonie i czekał straszliwej katastrofy.

— Jureczku! mówił ojciec przedobrym głosem. — Idziemy dziś wszyscy do cyrku. Ten pan jest twoim przyjacielem, poproś go, może pójdzie z nami.

Niebo upadło na zwariowany, złoty łeb Jurka. Nie mógł w pierwszej chwili pojąć wszystkiego, co się stało, po czym jak ryś rzucił mi się na szyję.

Czasem spotykam na ulicy gromadkę urwipołciów w mundurkach, z wrzaskiem wracających ze szkoły. Nagle się robi wśród nich zamieszanie, jeden z nich zrywa czapeczkę z głowy, a inni patrzą z niemym podziwem i z nabożną miłością. To z kolegami mój przyjaciel Jurek, dusza cudowna, która wierzy we wszechmoc poezji.

Ach, żaki utrapione, jak wróble harcujące w słońcu!